Ninja Gaiden 4! W końcu! Po 13 latach przerwy seria wraca i to w krwawym stylu, łącząc znaną brutalność wraz z nowymi pomysłami, udowadniając, że warto było czekać na kolejną odsłonę serii.
Po ponad dekadzie oczekiwania Ninja Gaiden 4 wreszcie wita fanów swojej legendy. Główny bohater serii – Ryu Hayabusa – ustępuje miejsca nowej postaci, młodemu ninja Yakumo, lecz jego domniemane dziedzictwo wciąż wisi nad Tokio spływającą przeklętą mżawką miasmy. Nowa fabuła skupia się na ratowaniu miasta przed ożywionym Ciemnym Smokiem, a rozgrywka na błyskawicznych, brutalnych starciach z hordami demonów.
Ogólnie z serią Ninja Gaiden wiążę naprawdę miłe wspomnienia. Niegdyś, kiedy Xboxa w domu brakowało, pierwsze dwie odsłony 3D ogrywałem „na raty” w… nieistniejącym już sklepie z używanymi grami pod topolami w Zielonej Górze. Sporo tam zakupów po taniości robiłem, ruchu za dużego nie było, to stojący wówczas właściciel nie miał z tym problemu. Punktu tego nie ma już od dawna, ja w starym portfelu kartę stałego klienta dalej mam, a wspomnień nie odbierze mi nikt. Czemu o tym wspominam? Głównie po to, by podkreślić, że naprawdę z wielkim utęsknieniem oczekiwałem czwartej odsłony.
Ninja Gaiden 4 – papa Ryu, witaj Yakumo
Ninja Gaiden 4 rozpoczyna się tam, gdzie skończyła się legenda – Mroczny Smok, którego niegdyś pokonał Ryu, wraca, siejąc spustoszenie nad Tokio. Nowa misja powierza się Yakumo z Klanu Kruka – wraz z księżniczką Seori musi zebrać esencję rozproszonych demonów i ostatecznie unicestwić smoka. Ta narracja brzmi prosto i podlana jest typowym anime klimatem – pełno w niej rytuałów, przepowiedni i konfliktu klanów. Dla serii Ninja Gaiden to charakterystyczne tło, które jednak nie zaskakuje głębią.

Nie zabrakło znajomych twarzy. Ryu Hayabusa, legendarny bohater poprzednich części, pojawia się jako grywalna postać, lecz na naprawdę krótko. Lwią część czasu spędzamy w skórze nowego protagonisty. Yakumo jest milczkiem z wyraźnymi motywacjami, nie emanuje charyzmą Ryu, ale jego bezwzględność i futurystyczny strój oddają nowy, cyberpunkowy klimat tej odsłony. Trochę taki miks Vergila i Nero z Devil May Cry. Ogólnie sporo podobieństw do tej kultowej serii się tu znajdzie. W gruncie rzeczy fabuła pełni rolę napędzającą rozgrywkę – podobnie jak w pierwotnej Ninja Gaiden 2 i choć uczucia wobec niej są mieszane, pozwala bez problemu śledzić kolejne etapy krwawej masakry demonów.
To, co dla mnie charakteryzuje japońskie produkcje, to fakt, że nowe postaci idzie naprawdę szybko polubić lub znienawidzić. Nie inaczej jest w Ninja Gaiden 4. Łatwo z nimi nawiązać więź, dlatego też te kilkanaście godzin minęło mi naprawdę przyjemnie. Bardzo podobały mi się te przekomarzanki Yakumo z Tyranem, czy jego pogaduszki z Umi. Wszystko to mocno w charakterze serii.
Oczywiście przejście głównego wątku to nie wszystko – do wykonania jest też mnóstwo misji pobocznych, także jak ktoś lubi cisnąć calaki – będzie miał co robić przez kolejne X godzin.
Sprawdź też: Xbox Game Pass. Lista gier i premiery
Mięsista walka, że aż krew z ekranu się leje
To właśnie mechanika walki zawsze była wizytówką serii i Ninja Gaiden 4 kontynuuje tę tradycję z pompą. Gra miesza szybki styl Team Ninja z wizjonerską dynamiką Platinum Games. W podstawowym arsenale mamy lekkie i silne ciosy oraz szereg broni do przełączania w locie – Yakumo dysponuje katana, rapierem zamieniającym się w wiertło, dwuręcznym kijem, który staje się młotem i czymś na wzór pudła Pandory ze wcześniej wspomnianego Devil May Cry.
Łączenie ich w combosy jest bardziej płynne niż kiedykolwiek. W przeciwieństwie do starszych części, zmiana broni nie przerywa akcji ani animacji, co daje ogromne pole do popisu dla eksperymentów z atakami. Znów możemy odcinać kończyny i wykańczać wykończeniami typu Obliteration, które płynnie łączą się w krwawe animacje. Dostępne są też specjalne tryby. Yakumo bowiem może włączyć formę Bloodraven, a Ryu – Gleam, które wzmacniają ciosy i pozwalają przełamywać obrony silniejszych wrogów.

Walki w Ninja Gaiden 4 są zabójczo szybkie i satysfakcjonujące – ciosy zmieniają się w nieustanny taniec agresji. Czujemy solidne dziedzictwo serii. Każdy cios, podrzut czy rzucenie się wręcz jest responsywne i efektowne, a klasyczne ruchy pokroju Flying Swallow czy Izuna Drop wracają w wielkim stylu.
Ta odsłona sprawia, że to taki Doom Eternal wśród slasherów – ciągle musimy być w ofensywie, rytmicznie budować pasek energii i wykorzystywać kontrataki. System parowania i uniku jest tak płynnie zaimplementowany, że niemal stanowi formę ataku – perfekcyjne zablokowanie ciosu błyskawicznie odrzuca przeciwnika, dając okazję na bezlitosny kontratak. Na wyższych poziomach trudności wymaga to refleksu i przewidywania, co nadaje walkom wysoką temperaturę wyzwania.
Powrót do korzeni
Mimo nowych elementów czwórka to dalej stary dobry Ninja Gaiden. Po pierwsze – niesamowity poziom wyzwania. Na Normalu walka jest wymagająca, ale sprawiedliwa; brak tu „sztuczek”, które tanio zabijają gracza – każdy fałszywy krok czy pominięcie uniku może skończyć się śmiercią nawet z rąk najsłabszych wrogów. Fani serii od zawsze kochali ten klimat, i tu jest równie surowo jak kiedyś. Jednocześnie twórcy dodali tryby ułatwień – między misjami można włączać Hero Mode, automatycznie blokujący większość obrażeń, a wiele opcji (jak asystowane wycelowanie czy modyfikatory walki) pozwala złagodzić trudność. Dzięki temu gra jednocześnie hołduje legendarnym wyzwaniom Ninja Gaiden, ale nie odrzuca nowych graczy.

Platinum przyniósł też elementy z innych swoich serii. W Ninja Gaiden 4 pojawia się dynamiczny gadżet Traversal – Yakumo może wspinać się po ścianach, sunąć na surfpłomie (budżetowy hoverboard) czy używać linowych haczyków, by szybko przemieszczać się między platformami. Te futurystyczne wstawki przełamują monotonię czystej walki i są ciekawe, choć miejscami lekko eksperymentalne. Wraz z misjami pobocznymi (wymagającymi np. zbicia konkretnych wrogów w czasie) rozgrywka zyskuje element RPG – kupujemy ulepszenia dla bohaterów i nowych kontraataków za zarobione ninja-coiny. W porównaniu z poprzednimi częściami gra jest bardziej zróżnicowana i „pełna” – rozbudowanymi drzewkami umiejętności i systemem walki dużo bardziej nastawionym na strategię niż prosty slasher sprzed lat.
Ładne to jest i na Steam Decku śmiga!
Technicznie Ninja Gaiden 4 prezentuje się wręcz imponująco. Świat Tokio tonie w nieustannych ulewach i świetle neonów, a każde lokacje (od postapokaliptycznego miasta po mroczne świątynie) mają wyrazisty, filmowy styl. Tekstury są ostre, cienie i efekty deszczu dodają klimatu cyberpunkowego świata. Nie brakuje tu też różnorodności wśród odwiedzanych lokacji. W jednej chwili śmigamy po lasach, by nagle przenieść się… do klubu, który łączy się też z podziemnym światem. Jest co zwiedzać!

Płynność gry jest doskonała – przy testach na PC tytuł bez trudu osiąga 60 kl./s (można celować nawet w 120 fps na mocnych maszynach). Jednak produkcję ogrywałem przede wszystkim na Steam Decku – jest ona już pod niego zweryfikowana, ale i tak wspomagałem się dodatkowo narzędziem Lossless Scaling. Tym sposobem mogłem sobie pozwolić na 60 fps przy wysokich ustawieniach graficznych.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to momentami pracy kamery i „przyczepiania się” – szczególnie podczas fragmentów, gdzie sporo używamy tej linki z hakiem. Parę razy zdarzyło się, że wleciałem w ścianę jak placek, albo po prostu poleciałem nie tam gdzie trzeba, bo mnie kamera zwiodła. Nie są to jednak jakieś wielce frustrujące rzeczy – występowało to dość rzadko.
Muzycznie, jak zawsze, smakowicie
Muzyka w Ninja Gaiden od zawsze była znakomitym dopełnieniem iście brutalnej i dynamicznej rozgrywki. Nie inaczej jest tym razem. Mamy tu do czynienia z mieszanką szybkiego rocka i wschodnich motywów, która idealnie napędza bitwy. Dynamiczne gitary pojawiają się w kluczowych starciach (zwłaszcza z bossami), co potęguje wrażenie hard-rockowej jatki. Dźwięk otoczenia (buczący dystans, odgłosy deszczu) buduje klimat opustoszałego miasta. W menu można wybrać japońską lub angielską ścieżkę dialogową – jako fan serii polecam oryginalne głosy, które lepiej wpisują się w styl mangowo-anime. Jednak jeśli ktoś zdecyduje się na angielski dubbing – też nie powinien się zawieść. Szczególnie, że Yakumo brzmi niemalże właśnie jak Vergil, ale o dziwo to nie Daniel Southworth, tylko nowa twarz, a raczej głos – Steven Pringle. Ogólnie oprawa audio jest solidna. Wybuchy ciosów i darcie mieczy brzmią soczyście, co podbija frajdę z walki.
Czy warto zagrać w Ninja Gaiden 4?

Ninja Gaiden 4 to triumfalny powrót jednej z najbardziej legendarnych serii slasherów w historii gier. Po trzynastu latach ciszy dostaliśmy tytuł, który z jednej strony oddaje hołd korzeniom, a z drugiej z odwagą sięga po nowe rozwiązania. Dynamiczna, krwawa walka to czysta poezja przemocy — szybka, precyzyjna i bezlitośnie satysfakcjonująca. Fabuła, choć nieco przewidywalna, sprawnie popycha akcję do przodu, a nowy bohater — Yakumo — okazał się godnym następcą Ryu Hayabusy, wnosząc powiew świeżości i cyberpunkowej energii.
Technicznie gra stoi na bardzo wysokim poziomie, a możliwość komfortowej rozgrywki nawet na Steam Decku tylko potwierdza dopracowanie projektu. Muzyka i klimat to klasa sama w sobie — nic nie motywuje do kolejnego starcia tak, jak gitarowe riffy przeplatane orientalnymi motywami.
Owszem, zdarzają się drobne potknięcia kamery czy momenty frustracji przy hakowaniu, ale to drobiazgi wobec tego, jak dobrze gra się w Ninja Gaiden 4. To produkcja, która pokazuje, że klasyka może wrócić w nowoczesnym wydaniu — brutalna, widowiskowa i satysfakcjonująca od pierwszego do ostatniego ciosu.
Za kod do gry na PC dziękujemy Xbox Polska!
Recenzja:
9
/
10
Plusy
Minusy






![Najlepsze gry z otwartym światem – ranking sandboksów [TOP 10]](https://tech.morele.net/wp-content/uploads/2025/09/najlepsze-gry-z-otwartym-swiatem.jpg)