Splatoon Raiders – recenzja gry. Looter shooter, którego Nintendo potrzebowało

Awatar Jakub Hertel
recenzja gry spatoon raiders

Splatoon bez Turf War i z naciskiem na PvE? Brzmi jak ryzykowny eksperyment, ale Splatoon Raiders szybko pokazuje, że tusz, loot i rozwój postaci pasują do siebie zaskakująco dobrze. Nie wszystko jest świeże, za to trudno przestać grać.

Gdy Nintendo zapowiedziało Splatoon Raiders, trudno było nie zadać sobie jednego pytania: po co właściwie robić Splatoona bez tego, co od początku stanowiło fundament całej serii? Kolorowe starcia z innymi graczami były przecież jej wizytówką, a kampanie fabularne – nawet jeżeli naprawdę pomysłowe – przez lata pozostawały raczej przystawką do multiplayerowego dania głównego.

Splatoon Raiders odwraca tę proporcję. Rywalizacja schodzi na dalszy plan, a Nintendo bierze mechaniki znane z poprzednich odsłon, miesza je z rozwiązaniami z Salmon Run, doprawia looter shooterem i lekkim RPG, po czym buduje wokół tego pełnoprawną produkcję PvE. No i to działa znacznie lepiej, niż mogłoby się wydawać.

Splatoon Raiders to Splatoon wywrócony na drugą stronę

Punktem wyjścia historii jest wyprawa na tajemnicze Spirhalite Islands. Towarzyszy nam znane ze Splatoon 3 Deep Cut, czyli Shiver, Frye i Big Man, a my wcielamy się w mechanika próbującego pomóc ekipie wydostać się z tarapatów.

Nie ma sensu szczególnie rozwodzić się nad fabułą, bo ta zdecydowanie nie jest największą siłą Raiders. To sympatyczna, momentami zabawna historyjka służąca przede wszystkim jako wymówka do kolejnych wypraw. Bohaterowie mają sporo uroku, dialogi potrafią wywołać uśmiech, ale próżno szukać tu narracji, którą będziemy analizować jeszcze kilka tygodni po napisach końcowych.

Trochę szkoda, bo świat Splatoona jest na tyle absurdalny i charakterystyczny, że aż prosi się o odważniejsze wykorzystanie jego potencjału. Raiders momentami wydaje się pod tym względem zaskakująco zachowawcze. Na szczęście wystarczy chwycić za broń, by te zastrzeżenia szybko zeszły na dalszy plan.

Tusz, Salmonidzi i loot. Zaskakująco dobre połączenie

screenshot z gry splatoon raiders

Fundament rozgrywki pozostaje znajomy. Strzelamy tuszem, pokrywamy nim otoczenie, zmieniamy formę, by błyskawicznie przemieszczać się po własnym kolorze, uzupełniamy amunicję i korzystamy z mobilności, której większość konkurencyjnych strzelanek może Splatoonowi zwyczajnie zazdrościć.

Nintendo właściwie nie musiało tutaj niczego naprawiać. Sterowanie nadal jest kapitalnie responsywne, przemieszczanie się pomiędzy kałużami tuszu daje ogromną frajdę, a charakterystyczny rytm strzelania, nurkowania, przeładowania i ponownego ataku nadal działa niemal bezbłędnie. Zmienił się za to cel.

Zamiast pokrywać mapę większą ilością farby od przeciwnej drużyny, ruszamy na krótkie misje PvE, walczymy z kolejnymi falami Salmonidów, zbieramy zasoby, realizujemy określone zadania i – co najważniejsze – szukamy coraz lepszego wyposażenia.

To właśnie tutaj objawia się największa zaleta Splatoon Raiders: pętla rozgrywki jest piekielnie uzależniająca. Większość wypraw trwa zaledwie kilka lub kilkanaście minut. Wpadamy na mapę, robimy swoje, wracamy do bazy, sprawdzamy zdobyty sprzęt, ulepszamy postać i… odpalamy następne zadanie. Potem jeszcze jedno. I może jeszcze jedno, skoro zostało tylko kilka minut.

Nintendo bardzo dobrze zrozumiało, dlaczego lootery potrafią pożerać całe wieczory, ale jednocześnie usunęło z tej formuły sporą część rzeczy, które często mnie w tym gatunku irytują. Nie czuję, że gram w kalkulator ukryty pod strzelanką. Statystyki mają znaczenie, rozwój postaci jest istotny, ale przez większość czasu pozostaje na tyle przejrzysty, że nie zabija zwyczajnej przyjemności z biegania i strzelania.

Trzy style gry i masa możliwości

screenshot z gry splatoon raiders

Sercem rozwoju postaci są trzy rodzaje zbiorników: Speed, Power oraz Tactical. Można je w pewnym uproszczeniu potraktować jak klasy postaci. Pierwszy stawia przede wszystkim na mobilność. Drugi zachęca do bardziej bezpośredniej i agresywnej gry. Trzeci pozwala zamienić pole walki w niewielką pułapkę pełną wieżyczek, min oraz innych gadżetów wspomagających kontrolowanie przeciwników.

Do tego dochodzi rozbudowany zestaw gadżetów, ich modyfikacji, różnorodne bronie oraz potężniejsze umiejętności specjalne związane z członkami Deep Cut. Tutaj Raiders naprawdę rozwija skrzydła.

Na początku można odnieść wrażenie, że dostaliśmy po prostu nieco większą wersję Salmon Run. Po kilku godzinach zaczyna jednak wychodzić na jaw, jak bardzo można zmienić sposób prowadzenia walki za pomocą odpowiedniego zestawu wyposażenia.

Możemy inwestować w obrażenia, skracanie czasu odnowienia umiejętności, większy obszar działania czy zwiększanie mobilności. Z czasem pojawiają się konfiguracje pozwalające niemal bez przerwy korzystać z niektórych zdolności albo przeobrazić defensywny gadżet w narzędzie służące do ekspresowego poruszania się po mapie.

Najlepsze jest to, że system faktycznie zachęca do eksperymentowania. Nowy element wyposażenia nie oznacza wyłącznie zielonej strzałki informującej, że liczba obok statystyki wzrosła z 46 do 52. Czasami potrafi realnie zmienić sposób, w jaki podchodzimy do walki.

Nie każda broń została jednak stworzona równa

Problem pojawia się wtedy, gdy na ekran zaczyna wylewać się naprawdę duża liczba przeciwników. W klasycznym Splatoonie poszczególne rodzaje uzbrojenia mają konkretne zastosowania wynikające również z konieczności malowania planszy. W Raiders najważniejszym zadaniem staje się jednak eliminowanie kolejnych wrogów.

Efekt? Szybkostrzelne bronie są często zwyczajnie bardziej praktyczne. Nie oznacza to, że pozostałymi nie da się grać, ale przy najbardziej intensywnych starciach trudno nie odczuć, że część arsenału wymaga od nas znacznie większego wysiłku, nie zawsze oferując w zamian odpowiednio większe możliwości.

Podobny problem dotyczy rozwijania poszczególnych zbiorników oraz umiejętności. Gra chce zachęcać do zmieniania stylu, ale jeśli przez dłuższy czas inwestowaliśmy w jeden konkretny zestaw, przesiadka na mniej rozwiniętą alternatywę potrafi oznaczać zwyczajne osłabienie postaci. System promujący eksperymentowanie momentami sam zaczyna więc zniechęcać do eksperymentowania.

Salmonidzi wreszcie dostali należne im pięć minut

screenshot z gry splatoon raiders

Bardzo dobrze wypadają za to przeciwnicy. Raiders czerpie pełnymi garściami z Salmon Run, ale nie ogranicza się jedynie do przeniesienia znajomych jednostek do nowej gry. Wrogowie występują w mocniejszych wariantach, na arenach pojawiają się w coraz bardziej problematycznych kombinacjach, a wraz z postępami coraz ważniejsze staje się błyskawiczne ustalanie priorytetów.

Na ekranie trwa kompletny chaos. Jeden przeciwnik ogranicza przestrzeń do poruszania, drugi atakuje z dystansu, kolejni zalewają mapę swoją mazią, a my próbujemy odzyskać kontrolę nad sytuacją, rzucając gadżety, korzystając ze specjalnych zdolności i nurkując w ostatnim fragmencie bezpiecznego tuszu.

Splatoon zawsze było świetne w tworzeniu kontrolowanego chaosu i Raiders doskonale wykorzystuje tę cechę. Pomagają też bossowie, którzy są znacznie ciekawsi niż zwykłe powiększone wersje standardowych przeciwników. Nie każdy zapisze się złotymi zgłoskami w historii Nintendo, ale największe starcia skutecznie sprawdzają znajomość mechanik i potrafią być odpowiednio widowiskowe.

Jest różnorodnie, ale nie zawsze wystarczająco różnorodnie

screenshot z gry splatoon raiders

Splatoon Raiders próbuje mieszać strukturę zadań. Raz trafiamy na bardziej otwartą wyspę, innym razem dostajemy serię niewielkich aren bojowych. Są wyzwania czasowe, eksploracja, zbieranie określonych zasobów, bardziej liniowe etapy oraz krótkie próby uczące wykorzystywania konkretnych gadżetów. Na papierze brzmi to całkiem bogato i przez sporą część kampanii rzeczywiście trudno mówić o nudzie.

Problem polega na tym, że większość tych aktywności ostatecznie sprowadza się do zabijania kolejnych grup przeciwników.

Po kilkunastu godzinach zaczynamy rozpoznawać schematy. Kolejna mapa może wyglądać inaczej, zmieni się zestaw przeciwników i nagroda, ale sam rytm pozostaje podobny. Brakuje mi trochę kreatywnych sekcji platformowych i zagadek, z których znane były wcześniejsze kampanie. Takich momentów w Raiders wprawdzie nie brakuje całkowicie, lecz wyraźnie ustępują miejsca walce. A szkoda, bo mechanika tuszu aż prosi się o więcej kombinowania z otoczeniem.

Pod koniec ktoś zdecydowanie przesadził z pokrętłem trudności

Początkowo tempo rozwoju wypada naprawdę dobrze. Regularnie dostajemy nowe zabawki, kolejne ulepszenia i przeciwników, a gra stopniowo wymaga coraz sprawniejszego korzystania ze wszystkich dostępnych mechanik. Pod koniec następuje jednak moment, w którym krzywa trudności gwałtownie idzie w górę.

Nie chodzi wyłącznie o to, że przeciwnicy stają się bardziej wymagający. W pewnym momencie można poczuć, że gra ewidentnie narzuca grind. Nie jest on porównywalny z najbardziej bezwzględnymi przedstawicielami gatunku, ale wcześniej Raiders tak dobrze maskuje konieczność powtarzania aktywności, że późniejsza ściana jest tym bardziej zauważalna.

Na szczęście nawet wtedy sam model walki pozostaje na tyle dobry, że powtarzanie wcześniejszych misji nie staje się natychmiastowym obowiązkiem. Po prostu szkoda, że tak płynnie poprowadzona wcześniej kampania zalicza tak wyraźne potknięcie tuż przed metą.

Samemu jest świetnie, ale znajomi robią z Raiders jeszcze większy chaos

Mimo mocnego nacisku na zabawę dla pojedynczego gracza Splatoon Raiders nie rezygnuje ze współpracy. Do akcji może wkroczyć nawet trzech dodatkowych graczy, a poziom przeciwników jest odpowiednio skalowany. Możemy zaprosić znajomych albo wezwać pomoc i skorzystać z matchmakingu podczas konkretnego zadania.

Co ważne, kooperacja nie sprawia wrażenia elementu doklejonego w ostatniej chwili. Mapy działają dobrze solo, ale przy czterech osobach cały charakter walki zaczyna się zmieniać. Na ekranie pojawia się jeszcze więcej tuszu, jeszcze więcej przeciwników i jeszcze większy kontrolowany bałagan.

Jednocześnie zdecydowanie nie zgadzam się z przekonaniem, że Raiders „trzeba” przechodzić ze znajomymi. Fundamenty rozgrywki zostały przygotowane z myślą o samotnym graczu i właśnie w tej konfiguracji najlepiej doceniłem możliwość kombinowania z własnym zestawem wyposażenia oraz dostosowywania go do konkretnych wyzwań. Kooperacja jest świetnym dodatkiem, ale nie kołem ratunkowym.

Splatoon nadal wygląda jak Splatoon – i bardzo dobrze

screenshot z gry splatoon raiders

Pod względem stylistycznym Nintendo nie próbowało wymyślać serii od nowa. Splatoon Raiders nadal jest potężnym zastrzykiem kolorów, dziwnych projektów, błyszczącego tuszu i przeciwników wyglądających tak, jakby ktoś wymyślił ich podczas bardzo kreatywnej gorączki. No i bardzo dobrze, bo nadal działa to kapitalnie.

Na Nintendo Switch 2 obraz jest ostry, animacja pozostaje płynna nawet wtedy, gdy ekran zostaje zasypany przeciwnikami i efektami, a cały ten wizualny chaos pozostaje zaskakująco czytelny. To szczególnie ważne w późniejszych misjach, gdzie jednocześnie trzeba kontrolować pozycję kilku rodzajów wrogów, własne gadżety i dostępne ścieżki ucieczki.

Nie jest to technologiczny pokaz możliwości nowej konsoli Nintendo. Nie zobaczymy tutaj momentów, po których trzeba będzie zbierać szczękę z podłogi. Ale Raiders wygląda dokładnie tak, jak powinno – czysto, płynnie, kolorowo i przede wszystkim niezwykle charakterystycznie.

Trochę gorzej wypada muzyka. Seria przyzwyczaiła mnie do ścieżek dźwiękowych, które bardzo szybko zaczynają żyć własnym życiem, tymczasem część utworów towarzyszących standardowym misjom jest zwyczajnie męcząca. Dziwaczne wokale, krzyki i eksperymentalne dźwięki pasują do salmonidowej estetyki, ale kiedy po raz kolejny słyszymy ten sam zestaw odgłosów podczas powtarzanej misji, klimat potrafi zamienić się w irytację.

Na szczęście bardziej reprezentacyjne motywy pokazują, że Nintendo nadal potrafi pisać świetną muzykę do tego świata. Po prostu tym razem soundtrack jest znacznie bardziej nierówny.

Splatoon Raiders nie zmienia gatunku. Zmienia za to Splatoona

Najciekawsze w Raiders jest chyba to, że Nintendo wcale nie odkrywa tutaj nowego kontynentu. Jeśli wcześniej graliście w lootery, znacie ten schemat. Wykonaj misję. Zdobądź sprzęt. Ulepsz build. Wykonaj trudniejszą misję. Znajdź lepszy sprzęt. Powtórz.

W najbardziej podstawowej warstwie nie ma tutaj rewolucji. Tyle że Nintendo bierze tę doskonale znaną konstrukcję i przepuszcza ją przez mechaniki Splatoona. Nagle przemieszczanie się po mapie samo w sobie daje frajdę. Malowanie powierzchni nie jest jedynie efektowną dekoracją, ale częścią poruszania się oraz zarządzania zasobami. Gadżety doskonale współgrają z tuszem, a przeciwnicy wymuszają ciągłe podejmowanie decyzji.

Dzięki temu otrzymujemy grę, która jednocześnie jest znajoma i świeża. Czy mogła mocniej eksperymentować? Zdecydowanie. Czy przydałoby się więcej typów misji, zagadek oraz eksploracji? Jak najbardziej. Czy historia wykorzystuje potencjał tego uniwersum? Nieszczególnie. Ale podczas właściwej zabawy bardzo łatwo o tych niedociągnięciach zapomnieć.

Podsumowanie – czy warto zagrać w Splatoon Raiders?

Splatoon Raiders jest jednym z tych spin-offów, które po kilku godzinach zaczynają sprawiać wrażenie oczywistego pomysłu. Oczywiście, że charakterystyczny system poruszania się po tuszu świetnie pasuje do PvE. Oczywiście, że dziesiątki broni i gadżetów aż proszą się o system budowania własnej konfiguracji. Oczywiście, że Salmonidzi idealnie nadają się do zalewania ekranu hordami przeciwników.

Nintendo po prostu musiało wcześniej zebrać te elementy w całość. Nie wszystko wyszło idealnie. Fabuła jest lekka do granic zapomnienia, niektóre bronie wyraźnie przegrywają z szybkostrzelną konkurencją, misje zaczynają się powtarzać, muzyka nie zawsze trafia w punkt, a późniejszy skok trudności potrafi niepotrzebnie zaburzyć wcześniej świetnie poprowadzone tempo.

Jednocześnie fundament jest tak mocny, że bardzo łatwo przymknąć na te problemy oko. To szybka, efektowna i niezwykle satysfakcjonująca strzelanka, która świetnie rozumie magię „jeszcze jednej misji”. A przede wszystkim udowadnia, że Splatoon może istnieć poza konkurencyjnym multiplayerem i wcale nie potrzebuje Turf War, żeby nadal być Splatoonem.

Mam tylko nadzieję, że Raiders nie pozostanie jednorazowym eksperymentem. Bo jeśli to dopiero fundament pod osobną linię gier, Nintendo ma tutaj naprawdę sporo miejsca na rozwój.

Za grę dziękujemy Nintendo Polska!

Plusy

  • Świetna, wciągająca pętla rozgrywki
  • Bardzo dobry system rozwoju i buildów
  • Dynamiczna i satysfakcjonująca walka
  • Duża różnorodność gadżetów i wyposażenia
  • Świetne wykorzystanie mechaniki tuszu w PvE
  • Udana kooperacja
  • Charakterystyczna oprawa i bardzo dobra płynność

Minusy

  • Powtarzalność części misji
  • Nierówny balans broni
  • Mało angażująca fabuła
  • Zbyt gwałtowny skok trudności pod koniec
  • Momentami odczuwalny grind
  • Nierówna ścieżka dźwiękowa
0
0
0

Podziel się:

Awatar Jakub Hertel
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *