Assassin’s Creed Black Flag Resynced kusi powrotem na Karaiby, ale czy remake dorasta do legendy? Sprawdź, jak wypada odświeżona grafika, lepsza walka, pełniejsza historia i techniczne potknięcia.
Są gry, do których wraca się z sentymentem, ale też z lekkim niepokojem. Bo co, jeśli po latach okaże się, że magia działała głównie w naszej pamięci? W przypadku Assassin’s Creed Black Flag Resynced miałem dokładnie takie obawy, bo oryginalne Black Flag to dla mnie jedna z najbardziej wyjątkowych odsłon serii – piracka, swobodna, pełna przygody i nadal kojarząca się z tym momentem, gdy człowiek pierwszy raz wypływa Kawką na otwarte morze. Po kilkudziesięciu godzinach z odświeżoną wersją mogę jednak powiedzieć jedno: to nadal ta sama kapitalna przygoda, tylko dużo ładniejsza, pełniejsza i przyjemniejsza w rozgrywce.
Assassin’s Creed Black Flag Resynced – powrót do czegoś wyjątkowego
Nie będę udawał, że Assassin’s Creed IV: Black Flag było dla mnie „po prostu kolejną odsłoną serii”. To jedna z tych części, które nawet po latach pamięta się nie tylko przez pryzmat fabuły, postaci czy świata, ale też przez konkretne uczucie: wypłynięcia na otwarte morze, usłyszenia szant i ruszenia przed siebie bez większego planu. Oryginał miał w sobie przygodową swobodę, której wiele późniejszych gier z otwartym światem mogło mu zazdrościć. Ba! Niesławne Skull & Bones wypadało gorzej, gdzie to była produkcja w 100% poświęcona piratom!
Dlatego do Assassin’s Creed Black Flag Resynced podchodziłem z dużą ciekawością, ale też z pewnym dystansem. Remake tak lubianej gry może przecież bardzo łatwo pójść w jedną z dwóch stron: albo będzie zbyt zachowawczy, albo zacznie na siłę poprawiać coś, co wcale nie wymagało rewolucji. Na szczęście tutaj udało się znaleźć całkiem rozsądny balans. To nadal jest Black Flag, ale takie, do którego naprawdę chce się wrócić w 2026 roku.
Karaiby jeszcze nigdy nie wyglądały tak dobrze

Pierwsza rzecz, która uderza niemal od razu, to oczywiście oprawa. Black Flag Resynced nie sprawia wrażenia prostego odświeżenia, w którym podbito rozdzielczość, dorzucono ostrzejsze tekstury i nazwano to dniem pracy. Karaiby wyglądają tu po prostu świetnie – morze, roślinność, miasta, światło przebijające się przez chmury, mokre pokłady statków, wnętrza jaskiń czy zatłoczone porty robią znacznie większe wrażenie niż w oryginale.
Najważniejsze jest jednak to, że ten wizualny skok nie zabija klimatu pierwowzoru. To wciąż ta sama piracka przygoda, tylko z oprawą, która dużo lepiej oddaje skalę świata i jego egzotyczny charakter. Momentami łapałem się na tym, że zamiast płynąć do kolejnego celu, po prostu zatrzymywałem Kawkę, obracałem kamerą i patrzyłem na horyzont. Brzmi banalnie, ale właśnie takie rzeczy decydowały kiedyś o magii Black Flag i tutaj nadal działają.
Szkoda jedynie, że tryb fotograficzny jest dość skromny. Przy tak malowniczym świecie aż prosi się o więcej narzędzi: możliwość zmiany pory dnia, manipulowania pogodą czy mocniejszej kontroli nad kadrem. Jasne, to już czepialstwo, ale jeśli gra tak często sama wystawia się do zdjęcia, chciałoby się mieć pod ręką bardziej rozbudowany zestaw opcji.
Walka w końcu wymaga trochę więcej od gracza

Największą pozytywną zmianą w samej rozgrywce jest dla mnie walka. Oryginalne Black Flag było pod tym względem efektowne, ale nie oszukujmy się – bardzo często przeciwnicy sprawiali wrażenie, jakby ustawiali się w kolejce do obicia facjaty. Wystarczyło złapać rytm kontr, animacji i dobić, a kolejne starcia rozwiązywały się niemal same.
W Resynced walka jest wyraźnie ciekawsza. Parowanie ma większe znaczenie, starcia są bardziej angażujące, a przeciwnicy nie są już wyłącznie tłem dla efektownych egzekucji. System nadal pozostaje przystępny i widowiskowy, ale daje więcej satysfakcji, bo częściej wymaga reakcji, wyczucia momentu i korzystania z różnych narzędzi. Bardzo dobrze wypadają też cięższe ataki, kopnięcia, podcięcia czy bardziej agresywne użycie ukrytego ostrza.
Nie oznacza to, że gra nagle zmienia się w jakiegoś soulslike’a. To nadal Assassin’s Creed, a więc produkcja nastawiona przede wszystkim na przygodę, tempo i efektowność. Różnica polega na tym, że teraz walka nie jest jedynie przerywnikiem między eksploracją a kolejnym rejsem. Czuć, że ktoś faktycznie chciał ją unowocześnić, a nie tylko zostawić jako relikt poprzedniej epoki.
Mam jednak jeden mały zgrzyt. Skoro gra pozwala kopać przeciwników, naturalnym odruchem podczas walki na statku jest próba zrzucenia ich za burtę. Niestety, system nie działa aż tak swobodnie. Dopóki nie pojawia się konkretna opcja dobicia, nie ma tu tej luźnej fizycznej zabawy, jakiej można byłoby oczekiwać. To drobiazg, ale w pirackiej grze, gdzie połowa najlepszych scen dzieje się na pokładzie, aż prosiło się o więcej chaosu.
Kawka nadal kradnie show
Jeśli miałbym wskazać element, który najskuteczniej przypomniał mi, dlaczego Black Flag było tak wyjątkowe, byłyby to oczywiście bitwy morskie. Kawka nadal jest sercem tej gry. Pływanie, polowanie na statki, ostrzał burtowy, unikanie salw, taranowanie, manewrowanie pod wiatr i przejmowanie jednostek wciąż sprawiają ogromną frajdę.
W Resynced starcia morskie są jeszcze lepsze, bo zyskały trochę więcej głębi i dynamiki. Nowe oraz odświeżone opcje ostrzału, rozwój statku i dodatkowe możliwości sprawiają, że potyczki na wodzie nie są tylko nostalgiczną powtórką z rozrywki. Dalej jest w nich ten cudowny rytm: najpierw wypatrujesz celu, potem oceniasz jego poziom, ustawiasz Kawkę pod odpowiednim kątem, rozbijasz kadłub, a na końcu wskakujesz na pokład i przejmujesz łup. To nadal działa fantastycznie. Ba, momentami działa nawet lepiej niż pamiętałem.
Jednocześnie mam poczucie, że abordaże można było odważniej podrasować. Są efektowne, mają klimat i wciąż potrafią dać masę satysfakcji, ale czasami czuć, że to właśnie ten element najmocniej trzyma się starej struktury. Przydałoby się więcej różnorodności, większy nacisk na fizykę, bardziej dynamiczne zachowanie załogi i przeciwników. Nie jest źle – wręcz przeciwnie, abordaż nadal bawi – ale skoro cała reszta dostała wyraźny lifting, tutaj też chciałoby się odrobinę więcej.
Skradanie i parkour są wygodniejsze, ale nie idealne

Modernizacja objęła też poruszanie się i skradanie. Możliwość swobodnego kucania, lepsza czytelność widoczności, bardziej elastyczne przejścia między ruchami i dodatkowe opcje w parkourze sprawiają, że gra jest wygodniejsza niż oryginał. Edward porusza się sprawniej, a wiele akcji, które kiedyś bywały nieco toporne, teraz wypada bardziej naturalnie.
Nie znaczy to jednak, że parkour nagle stał się perfekcyjny. Nadal zdarzały mi się sytuacje, w których postać skakała nie tam, gdzie chciałem. Czasem Edward przyklejał się do elementu otoczenia wbrew intencji, czasem źle odczytywał kierunek, a czasem zwyczajnie robił coś „po asasynowemu”, czyli efektownie, ale niekoniecznie zgodnie z planem gracza. To część DNA tej serii, ale po tylu latach wciąż potrafi zirytować.
Mimo to ogólne wrażenie jest pozytywne. Skradanie i eksploracja są bardziej współczesne, a gra rzadziej przypomina, że jej fundamenty powstały kilkanaście lat temu.
Fabularnie to najpełniejsza wersja tej historii
Oryginalne Black Flag już samo w sobie miało świetną historię. Edward Kenway był bohaterem ciekawszym niż typowy „wybraniec”, bo jego droga zaczynała się od egoizmu, ambicji, pieniędzy i głodu wolności. To nie była opowieść o idealnym asasynie, tylko o człowieku, który bardzo długo nie rozumiał, w co tak naprawdę został wplątany.
W Resynced ta historia nadal działa. Co więcej, dzięki dodatkowej zawartości sprawia wrażenie bardziej kompletnej. Nowe misje, dodatkowe wątki, opcjonalne aktywności i rozszerzone spojrzenie na wybrane postacie nie wyglądają jak doklejony bonus, ale jak naturalne uzupełnienie całości. To ważne, bo w remake’ach dodatkowa zawartość bywa czasami odklejona od rytmu głównej opowieści. Tutaj miałem raczej poczucie, że ktoś wrócił do znanego świata i dopisał rzeczy, które faktycznie miały sens.
Bardzo dobrze wypadają też aktywności poboczne. Część z nich pozwala po prostu dłużej posiedzieć w tym świecie, ale najlepsze zadania robią coś więcej – rozbudowują kontekst, domykają pewne tropy albo dają dodatkowy pretekst, by jeszcze raz ruszyć na morze. To właśnie dlatego Black Flag Resynced wydaje się najpełniejszym sposobem na poznanie tej odsłony.
Technicznie jest dobrze, ale nie bez szwanku

Pod względem wydajności nie mam większych zastrzeżeń. Grałem głównie w trybie jakości i przez cały czas gra trzymała stabilne klatki. W trybie wydajności oraz zbalansowanym spędziłem mniej czasu, ale również nie zauważyłem problemów ze spadkami płynności. Od strony czystej wydajności Black Flag Resynced zrobiło na mnie naprawdę dobre wrażenie.
Niestety, nie oznacza to, że obyło się bez problemów. Po drodze trafiłem na sporo glitchy i pomniejszych baboli. Zdarzało się wpadanie w tekstury, dziwne zachowanie postaci, wariujące AI przeciwników lub towarzyszy, a także sytuacje, w których kamera blokowała się na przybliżeniu i pomagało dopiero wczytanie zapisu. Do tego dochodzą wspomniane już problemy z parkourem, czyli skoki nie tam, gdzie chciałem, i okazjonalne walki z otoczeniem.
Nie są to błędy, które zniszczyły mi zabawę, ale było ich na tyle dużo, że trudno je zignorować. Szczególnie że mówimy o grze, która przez większość czasu potrafi zachwycać atmosferą, płynnością i skalą. Wtedy każdy taki techniczny zgrzyt wybija mocniej. Jednak mam wrażenie, że większość z tego raczej będzie zapatchowana błyskawicznie.
Podsumowanie – czy warto zagrać w Assassin’s Creed Black Flag Resynced?
Assassin’s Creed Black Flag Resynced to bardzo udany powrót jednej z najlepszych odsłon serii. Gra wygląda znacznie lepiej, walka jest ciekawsza, bitwy morskie nadal są kapitalne, a dodatkowa zawartość sprawia, że całość wydaje się pełniejsza i bardziej kompletna. To nie jest remake, który próbuje na siłę przepisać historię oryginału. To raczej wersja, która rozumie, dlaczego gracze pokochali Black Flag, i stara się tę magię przenieść na współczesny sprzęt.
Największym problemem są błędy. Glitche, drobne problemy z AI, kamera potrafiąca się przyblokować, wpadanie w tekstury czy nie zawsze posłuszny parkour przypominają, że nie wszystko zostało tu doszlifowane tak, jak powinno. Szkoda też, że abordaż nie dostał większej rewolucji, a tryb foto jest skromniejszy, niż chciałbym w grze, która aż krzyczy o robienie screenów.
Mimo tego trudno mi nie polecić tej produkcji. Jeśli ktoś nigdy nie grał w Black Flag, Resynced jest obecnie najlepszym wyborem. Jeśli ktoś zna oryginał na pamięć, nadal znajdzie tu wystarczająco dużo powodów, by wrócić na pokład Kawki. To pełniejsza, ładniejsza i przyjemniejsza wersja świetnej pirackiej przygody.
Za kod do gry na PS5 dziękuję Ubisoft Polska!
Recenzja:
8
/
10
Plusy
Minusy




















