Ostatnio zostałem zaproszony, aby przetestować kilka pierwszych godzin Resident Evil: Requiem. Czy przez ten czas najnowsza produkcja Capcomu zdążyła przekonać mnie, że warto czekać? W telegraficznym skrócie – jeszcze jak!
Z serią Resident Evil lubimy się już ponad dwie dekady – daleko mi wprawdzie do hardkorowego fana, jak ktoś by mnie wybudził gwałtownie i zapytał o jakąś chronologię, to bym pewnie odpowiedział źle. Jednak za każdym razem chętnie sięgam po gry z tego uniwersum i przeważnie bawię się dobrze. Po świetnie zrealizowanym Remake 4 i po dwóch naprawdę udanych odsłonach, moje oczekiwania wobec „dziewiątki” były naturalnie dość spore. Wygląda jednak na to, że Capcom sprostał zadaniu i nie tylko dostarczy nam kolejnego dobrego Residenta, ale mam przeczucie, że będzie on jednym z moich ulubionych.
Resident Evil: Requiem – poznaj Grace
Na samym wstępie zaznaczę, że udostępnione zostały nam pierwsze trzy godziny rozgrywki. Przez ten cały czas wędrowałem po opustoszałym szpitalu, przez pierwsze i ostatnie kilka chwil Leonem, a większość czasu – Grace. Jak zapewne wiecie, Resident Evil: Requiem Capcom wprowadza nową protagonistkę – Grace Ashcroft, analityczkę techniczną FBI. To świeże spojrzenie na uniwersum, gdyż dotychczas główne role w serii pełnili głównie wyszkoleni agenci lub ocalali z wcześniejszych wydarzeń.
Grace jest inna – bardziej ostrożna i nieprzygotowana do walki, co silnie wpływa na rozgrywkę. Capcom opisuje ją jako introwertycznego „mola książkowego”, czującego się bezsilnie z powodu braku obycia w walce (w przeciwieństwie do zahartowanych bohaterów pokroju Leona czy Jill). Rzeczywiście, w segmentach z Grace gracz odczuwa ciągłą presję przetrwania – protagoniska ma ograniczone zasoby i musi unikać bezpośrednich starć, polegając na sprycie i eksploracji. Jej misje zaprojektowano w stylu klasycznego survival horroru znanego z Resident Evil 2, RE7 czy Village, gdzie przetrwanie często wymaga ucieczki, skradania się i oszczędnego gospodarowania ekwipunkiem. Bardzo, ale to bardzo mi się to spodobało.
Sprawdź też: Resident Evil: Requiem – data premiery, cena
Jednocześnie w grze pojawia się doskonale znany fanom serii Leon S. Kennedy, który dołącza do fabuły jako grywalna postać i służy wsparciem dla Grace. Leon jest tutaj dokładnie takim bohaterem, jakiego pamiętamy – zahartowanym w boju agentem, dla którego walka z potworami to chleb powszedni. Jego segmenty stanowią przeciwieństwo fragmentów z Grace – zamiast strachu i ucieczki jest frontalna konfrontacja i dynamiczna akcja. Rozgrywka Leona przypomina to, co znamy z Resident Evil 4 – bohater bez wahania rusza do walki, potrafi efektywnie eliminować hordy wrogów i nic nie jest w stanie go powstrzymać. Taki kontrast między dwiema perspektywami bohaterów działa na korzyść gry – kampania Grace dostarcza napięcia i poczucia bezsilności ofiary, podczas gdy epizody Leona pozwalają poczuć się jak nieustraszony eliminator zombie.
Nie bez znaczenia jest fakt, że akcja gry ponownie toczy się w Raccoon City, legendarnym mieście zagłady z początków serii. W Resident Evil: Requiem odwiedzimy jego pozostałości. Mi, jak już wspomniałem wcześniej, nie za bardzo było to dane, bo całe trzy godziny spędziłem w Rhodes Hill Chronic Care Center – opustoszałym ośrodku opieki długoterminowej, który od pierwszych minut robi ogromne wrażenie. To miejsce eleganckie, wręcz prestiżowe, widać, że niegdyś było wizytówką nowoczesnej opieki medycznej. Dziś jednak jego korytarze są puste, światła migoczą, a cisza bywa niepokojąca.

Capcom znakomicie wykorzystuje tę przestrzeń do budowania napięcia. Zło czai się tu na każdym kroku – nie zawsze wprost, często tylko w dźwiękach, cieniu czy poczuciu, że coś obserwuje nas zza rogu. Rhodes Hill Chronic Care Center jest klaustrofobiczne, duszne i momentami wręcz przytłaczające, a jednocześnie zaprojektowane z ogromną dbałością o detale. Każdy pokój, sala zabiegowa czy zaplecze techniczne opowiada swoją historię i sprawia, że eksploracja staje się równie fascynująca, co stresująca.
Ta zamknięta przestrzeń na sam start sprawia, że horror jest bardziej intymny, osobisty i intensywny, a tempo narracji pozwala w pełni poczuć bezradność Grace i ciężar sytuacji, w jakiej się znalazła.
Rozgrywka – survival horror spotyka akcję
Resident Evil: Requiem stawia na zróżnicowaną rozgrywkę, zmuszając gracza do przyjęcia dwóch odmiennych stylów zabawy. W trakcie swojej rozgrywki musiałem oszczędzać każdy nabój i rozsądnie zarządzać ekwipunkiem, bo amunicja i zasoby były wyraźnie ograniczone. Twórcy wprowadzili elementy znane z dawnych odsłon: wraca potrzeba kombinowania przedmiotów, szukania kluczy do zamkniętych drzwi, rozwiązywania zagadek środowiskowych, a nawet klasycznego backtrackingu po wcześniej odwiedzonych lokacjach. Gra nie prowadzi za rękę – często trzeba samemu wykombinować, jak pokonać przeszkodę lub którędy uciec przed zagrożeniem. Dzięki temu poczucie zagrożenia i niepewności towarzyszy nam bez przerwy, a satysfakcja z przetrwania kolejnego starcia czy ucieczki jest tym większa.
Sprawdź też: Premiery gier. W co warto zagrać w tym roku?
W skórze Grace kluczowe jest unikanie otwartej konfrontacji. Już w prologu bohaterka staje naprzeciw nowego rodzaju przeciwnika – przerażającej kreatury, która pełni rolę prześladowcy podobnego do słynnego Mr. X czy Lady Dimitrescu z poprzednich części. Ten potwór niestrudzenie poluje na nas po ciasnych pomieszczeniach kompleksu, w którym utknęła Grace, a bezpośrednia walka z nim jest praktycznie niemożliwa. Z
Napięcie jest wręcz namacalne –zwłaszcza gdy w oddali słychać ciężkie kroki wroga, a my skuleni chowamy się obok biurka, wstrzymując oddech. W takich chwilach każdy szmer przyprawia o dreszcze. Dla kontrastu, gdy gra przełącza nas na Leona, rozgrywka nabiera tempa i filmowego rozmachu. Leon dosłownie „wpada jak czołg” w miejsca, które Grace musiała omijać szerokim łukiem – wrogowie padają pod gradem jego kul, a okazjonalne sekwencje walki wręcz sprawiają, że czujemy się jak bohater kina akcji. To właśnie ten balans dwóch rodzajów rozgrywki – survivalowej i czysto bojowej – czyni Resident Evil: Requiem tak świeżym doświadczeniem, nawet dla kogoś ogrzanego z formułą serii.

Warto wspomnieć, że Capcom wprowadził nowość w postaci wyboru perspektywy rozgrywki. Po raz pierwszy w historii Resident Evil możemy decydować, czy chcemy grać w trybie pierwszoosobowym (FPP) czy trzecioosobowym (TPP) – wyboru dokonujemy na początku, a gra pozwala też przełączać widok w dowolnym momencie. To bezprecedensowe rozwiązanie w serii, która dotąd eksperymentowała z perspektywą tylko osobno (np. RE7 był FPP, zaś remake’i klasyków – TPP).
Co więcej, twórcy zadbali, by obie opcje były atrakcyjne: widok FPP potęguje immersję i horror, pozwalając doświadczyć wydarzeń oczami Grace, z kolei kamera TPP ukazuje więcej otoczenia i sprawdza się świetnie przy dynamicznej akcji Leona. Podczas mojej gry próbowałem obu trybów i każdy oferował nieco inne wrażenia – np. w TPP mogłem podziwiać szczegółowe animacje postaci (Capcom przygotował inny zestaw ruchów Grace w zależności od widoku), z kolei FPP dawało poczucie bycia bliżej grozy, ale ograniczona widoczność zwiększała strach. Taka dowolność to świetny ukłon w stronę graczy – niezależnie od preferencji, każdy znajdzie komfortowy dla siebie sposób grania.
Oprawa audiowizualna i technikalia
Resident Evil: Requiem olśniewa oprawą audiowizualną, jednocześnie pozostając tytułem doskonale dopracowanym pod względem technicznym. Gra powstaje na silniku RE Engine, który słynie z wysokiej jakości grafiki i świetnej optymalizacji i tutaj rzeczywiście pokazuje pełnię swoich możliwości. Już od pierwszych minut demo uderzyła mnie jakość detali otoczenia: klaustrofobiczne wnętrza, po których się poruszałem, wypełnione są drobiazgami budującymi realizm świata.
Grafika zachwyca – otoczenie jest pełne szczegółów, realistycznych odbić światła na mokrych powierzchniach, a dynamiczne oświetlenie nadaje scenom głębi i grozy. Co ważne, światło w Requiem to nie tylko ozdoba graficzna, ale integralna część rozgrywki (jak wspomniałem wyżej, może być zarówno ratunkiem, jak i zagrożeniem). Efekt jest taki, że oprawa wizualna nie tylko cieszy oczy, ale też zwiększa nasze zanurzenie w horrorze.
Równie mocną stroną jest udźwiękowienie. Twórcy doskonale zdają sobie sprawę, że w horrorze dźwięk potrafi wystraszyć bardziej niż niejedna scena gore i w Resident Evil: Requiem wykorzystali go mistrzowsko. Każdy krok bohatera echem odbija się w opuszczonych korytarzach, każdy skrzyp otwieranych drzwi czy nagły trzask gdzieś w oddali potrafi przyprawić o szybsze bicie serca. Gdy Grace oddycha ciężko ze strachu, my niemal odczuwamy jej przerażenie. Dzięki technologii dźwięku 3D można wręcz precyzyjnie zlokalizować źródło odgłosów, co z jednej strony pomaga nam przewidzieć, skąd nadchodzi wróg, a z drugiej – potęguje napięcie, gdy słyszymy zbliżające się jęki lub kroki w ciemności. To pokazuje, jak świetnie udało się twórcom zbudować atmosferę zaszczucia również za pomocą audio.
Na osobny pochwały zasługuje też strona techniczna. W testowej wersji na PS5 Pro gra działała płynnie jak skała – przez cały czas nie zauważyłem żadnych spadków FPS ani błędów. Resident Evil: Requiem celuje w 60 klatek na sekundę i udaje mu się tę płynność utrzymać nawet w najbardziej efektownych momentach, pełnych dynamicznego oświetlenia i efektów cząsteczkowych. To imponujące, biorąc pod uwagę poziom detali i intensywność akcji w niektórych scenach. Silnik RE Engine po raz kolejny udowodnił swoją klasę, a Capcom zadbał, byśmy nie musieli martwić się problemami technicznymi – możemy w pełni skupić się na przeżywaniu horroru. W finalnej wersji zapowiedziano także obsługę nowoczesnych technologii, takich jak pełny ray tracing czy nawet śledzenie promieni w globalnym oświetleniu, co powinno jeszcze bardziej podnieść realizm obrazu. Krótko mówiąc, od strony audiowizualnej i wydajnościowej Requiem prezentuje się bez zarzutu – to produkcja dopracowana i gotowa, by zachwycić zarówno oko, ucho, jak i hardware.
Podsumowanie – czy warto czekać na Resident Evil: Requiem?
Po spędzeniu trzech godzin z Resident Evil: Requiem jestem pełen entuzjazmu. Capcom zdaje się dostarczać dokładnie to, na co liczyli fani – mrożący krew w żyłach horror z prawdziwego zdarzenia, który umiejętnie łączy najlepsze cechy dawnych i nowych odsłon serii. Mamy tutaj i duszną atmosferę przetrwania rodem z lat 90., i widowiskową akcję godną współczesnych hitów.

Co ważne, ta mieszanka jest podana w sposób przemyślany i wyważony, dzięki czemu ani elementy survivalowe, ani dynamiczna walka nie dominują nad sobą nawzajem, lecz się uzupełniają. Pierwsze trzy godziny gry minęły mi w mgnieniu oka i pozostawiły ogromny niedosyt – chciałoby się grać dalej i dalej. Jeśli całość utrzyma poziom tego wczesnego fragmentu, może nas czekać jedna z najlepszych odsłon Resident Evil w historii. Requiem już teraz pokazuje, że twórcy nie poszli na łatwiznę i odważnie eksperymentują z formułą, jednocześnie pozostając wiernymi duchowi serii.
Do premiery zostało już niewiele czasu – gra trafi do sprzedaży za kilka tygodni na PC i konsole nowej generacji. Pozostaje więc uzbroić się w cierpliwość. Jako wieloletni fan cyklu cieszę się z powrotu mocniejszego klimatu survival horroru i wierzę, że Resident Evil: Requiem dostarczy mi (oraz wszystkim graczom o stalowych nerwach) dziesiątki godzin doskonałej, strasznej zabawy. Jeśli pełna wersja będzie tak dobra, jak te pierwsze trzy godziny, to szykuje nam się prawdziwa uczta w świecie survival horroru. Nie mogę się doczekać!
Za zaproszenie na pokaz dziękujemy firmie Cenega!
Źródło zdjęć: Materiały Prasowe







![Najlepsze gry na PS5 – w co musisz zagrać w 2025? [TOP 10]](https://tech.morele.net/wp-content/uploads/2025/09/najlepsze-gry-na-ps5.jpg)




