Czy warto było czekać dwie dekady na nową odsłonę Onimushy? Way of the Sword udowadnia, że zdecydowanie tak. Capcom przywraca demony i świetną walkę, choć momentami razem z nimi wracają też rozwiązania rodem z PS2.
Na nową pełnoprawną odsłonę Onimushy trzeba było czekać aż 20 lat. Od premiery Onimusha: Dawn of Dreams seria zdążyła niemal całkowicie zniknąć z radarów, a sam rynek gier akcji zmienił się nie do poznania. Tym większą niewiadomą było dla mnie to, jak Capcom podejdzie do powrotu marki, która swoją największą popularność przeżywała jeszcze za czasów PlayStation 2. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z Onimusha: Way of the Sword mogę powiedzieć jedno – cholernie dobrze było znowu eksterminować demony.
Onimusha: Way of the Sword – stylowy powrót
Onimusha: Way of the Sword ponownie zabiera nas do feudalnej Japonii, ale oczywiście nie takiej, jaką znamy z podręczników historii. XVII-wieczne Kioto zostaje opanowane przez demoniczne Genma, a w sam środek całego zamieszania trafia Miyamoto Musashi.
Już od pierwszych godzin gra bardzo wyraźnie pokazuje, czym chce być. Nie próbuje udawać wielkiej, otwartej przygody ani rozbudowanego RPG-a. To przede wszystkim efektowna gra akcji skupiona na walce, eksploracji niewielkich lokacji i kolejnych spotkaniach z demonami i właśnie dzięki temu bardzo szybko poczułem klimat dawnych odsłon.
Musashi sprawdza się jako główny bohater naprawdę dobrze. Ma charakter, potrafi rzucić ciętym komentarzem i nie jest wyłącznie bezbarwnym samurajem, którego jedynym zadaniem jest przemieszczanie się od jednej walki do kolejnej. Sama historia jest jednak stosunkowo prosta.
Fabuła nie zaskakuje szczególnie skomplikowanymi zwrotami akcji, a część wydarzeń można przewidzieć z dużym wyprzedzeniem. Nie przeszkadzało mi to jednak tak bardzo, jak początkowo się obawiałem.
Narracja jest prowadzona wystarczająco sprawnie, bohaterowie dają się polubić, a kolejne wydarzenia skutecznie zachęcały mnie do dalszej gry. Finalnie z dużą przyjemnością brnąłem do samego końca, nawet jeżeli po drodze rzadko miałem poczucie, że fabuła próbuje mnie czymkolwiek mocno zaskoczyć.
Walka to zdecydowanie największa zaleta gry

Najważniejszym elementem Onimusha: Way of the Sword jest dla mnie bez żadnych wątpliwości walka. Tutaj Capcom trafił niemal idealnie. Eksterminacja demonów jest niesamowicie satysfakcjonująca. Każde starcie ma odpowiedni ciężar, ciosy są wyraźnie odczuwalne, przeciwnicy reagują na ataki, a sam system bardzo szybko zachęca do czegoś więcej niż bezmyślnego wciskania jednego przycisku.
Kluczowe są odpowiednie uniki, parowania, kontry i umiejętne wykorzystywanie kolejnych rodzajów broni. Gra mocno nagradza wyczucie odpowiedniego momentu, a dobrze wykonany Issen potrafi dać więcej satysfakcji niż niejedna długa kombinacja ciosów w innych produkcjach akcji. To jeden z tych systemów, w których początkowo wystarczy opanować podstawy, żeby dobrze się bawić, ale im dłużej gramy, tym więcej zaczynamy dostrzegać możliwości.
Parowanie szybko uzależnia
Szczególnie dobrze działa tutaj mechanika parowania. Dobrze wyczuty moment potrafi kompletnie odwrócić przebieg pojedynku, a kiedy kilka takich akcji uda się wykonać pod rząd, walka zaczyna wyglądać niemal jak starannie wyreżyserowana scena z filmu samurajskiego. To właśnie podczas walk Onimusha: Way of the Sword pokazuje swoją najlepszą twarz. Jest szybko, efektownie, brutalnie i przede wszystkim bardzo przyjemnie.
Bossowie potrafią dać w kość

Największym sprawdzianem opanowanych mechanik są oczywiście bossowie. Tutaj również bawiłem się świetnie. Część pojedynków wymaga nauczenia się schematu ruchów przeciwnika, odpowiedniego reagowania na konkretne ataki i zachowania odrobiny cierpliwości. Nie jest to jednak gra, która próbuje za wszelką cenę udawać soulslike’a. Onimusha nadal pozostaje przede wszystkim widowiskową grą akcji.
Bossowie potrafią być wymagający, ale zwykle nie miałem poczucia, że gra karze mnie wyłącznie dla samego karania. Gdy przegrywałem, zazwyczaj dokładnie wiedziałem, co zrobiłem źle i co powinienem poprawić przy kolejnym podejściu. Najbardziej szkoda mi jedynie tego, że niektóre mocniejsze typy przeciwników z czasem zaczynają się powtarzać. Przy tak dobrym systemie walki chciałoby się po prostu jeszcze więcej nowych demonów do pocięcia.
Nowoczesna gra, która momentami bardzo pachnie PS2
Największy problem Onimusha: Way of the Sword polega na tym, że gra momentami jest wręcz zaskakująco archaiczna. Z jednej strony mamy bardzo współczesny system walki, świetne animacje i odpowiednio rozwinięte mechaniki. Z drugiej – konstrukcja niektórych lokacji naprawdę potrafi przypomnieć gry sprzed dwóch dekad.
Mapa bywa zwyczajnie pusta. Eksplorujemy kolejne korytarze, niewielkie place i pomieszczenia, ale nie zawsze czeka w nich coś ciekawego. Część przestrzeni sprawia wrażenie zbudowanej przede wszystkim po to, żeby połączyć ze sobą kolejne walki.
Do tego dochodzą powtarzające się elementy otoczenia i fragmenty, w których bardzo łatwo zauważyć wykorzystywanie podobnych assetów. Nie oczekiwałem oczywiście otwartego świata ani wielkiej gry eksploracyjnej, ale kilka lokacji zdecydowanie mogłoby oferować więcej.
Kamera czasami jest najtrudniejszym przeciwnikiem
Jeszcze mocniej czuć wiek niektórych rozwiązań podczas pracy kamery. Przez większość czasu nie ma z nią większych problemów. Gorzej robi się wtedy, gdy walka przenosi się do ciasnego pomieszczenia albo jednocześnie atakuje nas kilku przeciwników.
Kamera potrafi wtedy kompletnie zgubić orientację. Zdarzały mi się momenty, kiedy znacznie więcej uwagi niż samym Genma musiałem poświęcać temu, żeby w ogóle zobaczyć, co aktualnie dzieje się na ekranie. Właśnie wtedy najmocniej miałem wrażenie, że przeniosłem się z powrotem do czasów PlayStation 2. Nie jest to problem, który psuje całą grę, ale przy produkcji tak mocno opartej na odpowiednim reagowaniu na ruchy przeciwników potrafi naprawdę zirytować.
Graficznie jest dobrze, ale Capcom potrafi lepiej

Pod względem technicznym Onimusha: Way of the Sword prezentuje się dobrze. Modele głównych bohaterów są szczegółowe, animacje podczas walk świetne, a część scen i lokacji naprawdę potrafi zrobić bardzo dobre pierwsze wrażenie. Jednocześnie trudno było mi pozbyć się poczucia, że Capcom pokazał już w tym roku znacznie więcej.
Niektóre fragmenty wyglądają znakomicie, ale inne są już znacznie bardziej zachowawcze. Szczególnie mocno widać to w powtarzalnych przestrzeniach i miejscach, które są dość ubogie w szczegóły. Nie nazwałbym Onimusha: Way of the Sword brzydką grą. Absolutnie nie. Po prostu przy tak mocnej formie Capcomu w 2026 roku oczekiwałem pod tym względem trochę więcej.
Onimusha: Way of the Sword – czy warto zagrać?
Onimusha: Way of the Sword nie jest idealnym powrotem. Momentami archaiczna konstrukcja lokacji, powtarzalne elementy otoczenia, problemy z kamerą i przeciętna eksploracja pokazują, że część rozwiązań zdecydowanie mogłaby zostać mocniej unowocześniona.
Mimo tego bardzo trudno było mi długo się na tę grę złościć. Za każdym razem, kiedy rozpoczynała się kolejna większa walka, udawało mi się wykonać perfekcyjne parowanie albo na ekranie pojawiał się następny pokraczny demon do pocięcia, przypominałem sobie, dlaczego tak dobrze się bawię.
System walki jest kapitalny, starcia z bossami dają mnóstwo satysfakcji, a prosta, ale angażująca historia skutecznie prowadzi do finału. Przede wszystkim jednak świetnie było wrócić do tej serii po tak długiej przerwie.
Capcom ma w tym roku naprawdę świetną passę. Dostaliśmy już znakomite Resident Evil Requiem, świetną Pragmatę oraz bardzo udane Monster Hunter Stories 3. Teraz do tego zestawu można spokojnie dopisać kolejną produkcję. Chyba właśnie to cieszy mnie najbardziej.
Capcom nie tylko regularnie dostarcza bardzo dobre gry, ale też coraz chętniej sięga po marki, które przez wiele lat wydawały się kompletnie zapomniane. W przypadku Onimushy firma mogła pójść najprostszą drogą i ograniczyć się do kolejnego remastera albo remake’u. Tymczasem dostaliśmy pełnoprawną nową odsłonę, która próbuje znaleźć dla tej serii miejsce na współczesnym rynku. Moim zdaniem z naprawdę dobrym skutkiem.
Za kod do gry na PS5 dziękujemy firmie CENEGA!
Recenzja:
8
/
10
Plusy
Minusy






