Pokémon Legends: Z-A – recenzja gry. Mogło być tak pięknie

Awatar Jakub Hertel
recenzja gry pokemon legends z-a

Pokémon Legends: Z-A to z jednej strony dość rewolucyjny, odważny spin-off „głównej” serii, a z drugiej? Bardzo zacofany produkt, który nie powinien ukazać się w takim stanie. Czy jednak Game Freak w tym roku dostanie nauczkę? Wątpię.

Na nowe kieszonkowe stwory przyszło nam czekać trzy lata. Pokémon Scarlet & Violet spotkały się raczej z chłodnym odbiorem (i słusznie!), choć gra sama w sobie miała kilka ciekawych rozwiązań. Niemniej to wydane rok wcześniej Pokémon Legends: Arceus zrobiło furorę, dlatego kiedy tylko Nintendo zapowiedziało, iż teraz otrzymamy coś podobnego, ale rozgrywającego się w bardziej współczesnym settingu – internauci oszaleli. 

Ja od samego początku jednak podchodziłem sceptycznie do tej gry. Już sama informacja, że tytuł ukazać ma się na pierwszego Switcha nie napawał mnie optymizmem. Jednak jako Pokemaniak od ponad dwóch dekad, nie mogłem przejść wobec Z-A obojętnie. Niestety, produkcja okazała się być taka, jaka przypuszczałem, że będzie. Smuci mnie to, szczególnie że potencjał był ogromny, ale… w tym tekście postaram Ci się przybliżyć, czemu nie mogę nazwać Pokémon Legends: Z-A dobrą grą.

Sprawdź też: Pokémon Legends: Z-A – kiedy premiera i co wiadomo o grze?

Pokémon Legends: Z-A – powrót do Lumiose City! 

Po raz kolejny wcielamy się w młodego trenera Pokémon, który trafia do Lumiose City – inspirowanego Paryżem miasta w regionie Kalos, które znamy już z Pokémon X i Y. Po małych początkowych perturbacjach trafiamy do Hotelu Z, gdzie poznajemy cały Team MZ, do którego, naturalnie, dołączamy. Chwilę po przybyciu naszego bohatera, młodziaki otrzymują bardzo ważne zadanie – zadbać o bezpieczeństwo miasta. W jaki sposób? Uspokajając stwory, które są ofiarami „Dzikiej Mega Ewolucji” – czyli takiej, jakiej nie są w stanie kontrolować. 

Na tym oraz tytułowemu turniejowi Z-A Royale, opiera się zdecydowana większość fabuły. W międzyczasie oczywiście na wierzch wychodzą różne, „szokujące” tajemnice, zaczyna nas upatrywać sobie legendarny Pokémon Zygarde, któremu towarzyszy tajemniczy L. Wielka wieża Prism, która jest odpowiednikiem Wieży Eiffla, okazuje się być czymś więcej, a sama końcówka gry w ogóle wjeżdża bez trzymanki i łączy wątki z tymi, które znamy z odsłon X i Y. Choć przez większość czasu jednak jest milusio i wesoło, tak pod tym wszystkim, zupełnie jak w przypadku szóstej generacji, kryje się dość poważny, mroczny wręcz lore. 

Oczywiście Pokémon Legends: Z-A posiada cały ten Pokémonowy urok. Jeśli chodzi o klimat, to tutaj naprawdę nie mogę się niczego przyczepić, bo jest tu wszystko, za co te uniwersum pokochaliśmy – przerysowanych do bólu, naiwnych i totalnie irracjonalnych bohaterów oraz towarzyszących im uroczych kieszonkowych stworków. Tylko…

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

screenshot z gry Pokémon Legends: Z-A
Nie zgadniecie – znów wcielamy się w młodzieńca!

Super, że w Pokémon Legends: Z-A dostajemy taką pełną energii Taunie/Ubraina, krzykliwego Ivora czy kipiącego mrokiem Corbeau. Fajnie, że czasem nawet ustami poruszają. Szkoda tylko, iż po raz kolejny mamy do czynienia z NIEMYMI postaciami. Mamy 2025 rok, Pokémon to jedna z największych marek świata, to samo Nintendo. Do tego przecież anime cały czas jest emitowane i po odejściu Asha dalej sobie świetnie radzi. 

Dlatego brak nagranych kwestii dialogowych jest dla mnie tutaj po prostu niewytłumaczalny. Już nawet pal licho wszystkie te poboczne postaci, które napotykamy w mieście. Niech chociaż główna obsada faktycznie przemówi – gra, która tak naszpikowana jest tekstem, naprawdę sporo by zyskała na tym wszystkim.

Wielka szkoda, bo fabularnie i ogólnie narracyjnie Pokémon Legends: Z-A to naprawdę przyjemna odsłona. Czuć tutaj tego ducha przygody, do tego dochodzi po prostu czysty fun z łapania Poksów po całym mieście, w bardziej dopracowanej od czasu Arceusa formule. 

Niedawno wyciekł budżet produkcji – ponoć wyniósł on… około 10 milionów. Powtarzam – jedna z największych marek świata. Dla porównania – wychwalane przez wielu tegoroczne Clair Obscur: Expedition 33 kosztowało ok. 30 milionów, z tą różnicą, że za ten tytuł odpowiadało małe studio. Tę budżetowość niestety czuć na każdym kroku, nie tylko w dialogach. Gdzie jeszcze to bije po oczach? 

„Piękny” Pokémonowy Paryż

screenshot z gry Pokémon Legends: Z-A
Piękne widoki, nieprawdaż?

Niestety, eksploracja Lumiose City do najprzyjemniejszych nie należy. Miasto jest najzwyczajniej w świecie szaro-bure, pustawe i zero w nim życia, a na ulicach roi się od klonów. Wszystkie alejki sprawiają wrażenie identycznych, co tylko wzmacnia poczucie monotonii. Do tego wszystkiego tym razem nie powróciła możliwość podróżowania na Poksach, więc wszędzie chodzimy z buta, ew. można posłużyć się opcją szybkiej podróży.  Obszar, po którym się poruszamy, też nie należy do największych, co tym bardziej działa na niekorzyść całokształtu.

Jeśli kojarzysz wszystkie te memy o oknach i balkonach w .jpg – to niestety wszystko prawda. Oczywiście nikt o zdrowych zmysłach nie oczekuje od takiej gry fotorealizmu – tylko przykładów ładniejszych produkcji, które utrzymane są w podobnej stylistyce, nie brakuje. Nawet u bezpośredniej konkurencji, bo Digimon Story: Time Stranger zdecydowanie wypada pod tym kątem dużo lepiej. W portfolio samego Nintendo też długo szukać nie trzeba – takie budynki lepiej wypadały nawet w Super Mario Odyssey wydanym…8 lat temu. No ludzie! Tyle dobrego, że gra przynajmniej działa płynnie, przynajmniej na Switchu 2. Tylko to raczej marne pocieszenie. 

Gameplay to ogólnie dobra zabawa

screen z gry Pokémon Legends: Z-A
Bohaterowie to zdecydowanie plus tej odsłony

Najczęstszym argumentem, który pada w obronie Pokémon Legends: Z-A jest to, że gra po prostu sprawia radochę. Trudno mi z tym się nie zgodzić, bo jednak cały ten rdzeń rozgrywki działa, jak należy. 

System walki w Pokemon Legends: Z-A to jedna z najbardziej ambitnych prób odświeżenia serii od lat. Game Freak po raz kolejny odważyło się zerwać z klasycznym, turowym schematem i spróbować czegoś, co faktycznie czuje się nowocześnie. Starcia w czasie rzeczywistym, brak pauzy, konieczność szybkiego podejmowania decyzji – brzmi jak naturalny krok naprzód dla marki, która przez dekady obracała się wokół tych samych mechanik.

Na początku czuć ekscytację – walka nabiera nowej energii, a my bardziej, niż kiedykolwiek, możemy wczuć się w łapanie stworków. Poruszanie się po polu bitwy, celowanie w przeciwnika i natychmiastowe reagowanie na jego ruchy wprowadza element adrenaliny, którego w tej serii dawno brakowało. Problem w tym, że ta dynamika szybko zaczyna działać przeciwko samej grze. Brak możliwości bezpośredniego kierowania Pokemonem sprawia, że kontrola nad walką jest iluzoryczna – owszem, możemy się ruszać, ale często lepiej po prostu… stać w miejscu i spamować przyciski, byle szybciej aktywować kolejne umiejętności.

Z-A próbuje zachować charakterystyczne zależności typów (ogień kontra trawa, woda kontra ogień), ale w czasie rzeczywistym nie ma czasu, by je w pełni wykorzystać. Walki sprowadzają się do szybkich reakcji, nie do strategii. Paradoksalnie, przez brak taktycznej pauzy i ograniczoną kontrolę, walka staje się mniej przemyślana niż w klasycznym systemie turowym.

Nie pomagają też techniczne potknięcia – blokowanie się modeli na elementach otoczenia, niecelne ataki dystansowe czy chaotyczna kamera potrafią wybić z rytmu. To szczególnie bolesne, gdy walczymy z bossami, których starcia mają być kulminacją emocji, a zamiast tego dostajemy frustrację, bo nasz Pokemon celuje tam, gdzie przeciwnik był pięć sekund temu.

Walki z bossami potrafią ekscytować

bossowie w Pokémon Legends: Z-A
Walki z bossami potrafią być ekscytujące!

No właśnie. Bossowie! W Pokémon Legends: Z-A walki z nimi to zdecydowanie jeden najlepszych fragmentów. Kiedy gra zmienia się w istne Enter the Dungeon i zmusza do unikania potężnych ataków, pojawia się to, czego oczekiwałem od nowego systemu – intensywność, emocje i satysfakcja z każdego trafionego ciosu. To momenty, w których Pokemon Legends: Z-Apokazuje swój prawdziwy potencjał i sugeruje, że ta formuła może się rozwinąć w czymś naprawdę wyjątkowym.

Nowy system walki w Pokemon Legends: Z-A to fascynujący eksperyment – ambitny, ale jeszcze nie w pełni dopracowany. Game Freak wyraźnie szuka nowego kierunku dla marki, jednak na razie balans między dynamiką a kontrolą nie został odnaleziony. To wciąż zalążek rewolucji, a nie rewolucja sama w sobie.

Z jednej strony – brawo za odwagę. Z drugiej – mam nadzieję, że kolejne odsłony pójdą krok dalej i dadzą graczom więcej narzędzi, by naprawdę poczuć, że to oni prowadzą swoje Pokemony do zwycięstwa, a nie tylko wciskają przyciski w odpowiednim rytmie.

System dnia i nocy

screen z Pokémon Legends: Z-A
W trakcie nocy otwiera się strefa, gdzie możemy dostać manto

Część miejskiej rozgrywki w Pokemon Legends: Z-A to jedno z ciekawszych zaskoczeń całej gry. Po raz pierwszy w historii serii centrum wydarzeń stanowi nie dzika kraina pełna traw i jaskiń, a nowoczesna metropolia – Lumiose City. Choć na początku może to budzić mieszane uczucia, twórcy znaleźli sposób, by zachować ducha klasycznych przygód trenerskich.

Tym rozwiązaniem są tzw. Dzikie Strefy, stworzone przez fikcyjną korporację Quasartico Inc. To rozległe obszary symulujące naturalne środowiska Pokemonów – z pełną florą, fauną i cyklem życia stworków. Gracz może do nich wchodzić w dowolnej chwili, by łapać dzikie Pokemony lub stawać z nimi do walki. Mechanika płynnego przejścia od eksploracji do starcia została tu dopracowana niemal perfekcyjnie – nie ma ekranów ładowania, a sama czynność rzucania Pokeballa daje ogromną satysfakcję.

W Pokémon Legends: Z-A pojawia się też element rywalizacji w czystej postaci. Cykl dnia i nocy ma realny wpływ nie tylko na to, jakie Pokemony spotykamy, ale również na zachowanie mieszkańców miasta. Po zmroku Lumiose City tętni życiem – wtedy otwierają się tzw. Strefy Walki, w których trenerzy mierzą się w turnieju Z-A Royale. System rankingowy jest prosty, ale angażujący: zaczynamy jako trener klasy Z i wspinamy się aż do poziomu A, zdobywając punkty poprzez pojedynki z innymi trenerami.

Sama koncepcja nocnych starć jest bardzo udana. Każda Strefa Walki ma inny układ i klimat, a rozgrywka przypomina coś na kształt misji z roguelike’ów – mamy określony czas do świtu, by zebrać punkty i awansować w klasyfikacji. Możemy walczyć frontalnie lub skradać się, by zaatakować z zaskoczenia, co dodaje całości taktycznego charakteru. Pojawiają się też karty wyzwań, które pełnią rolę codziennych misji – zadają konkretne cele, np. „pokonaj Pokemona pierwszym ruchem” lub „użyj superefektywnego ruchu 5 razy”. To prosty, ale motywujący sposób na urozmaicenie rozgrywki.

Zabawa w Strefach Walk potrafi wciągnąć na długo, zwłaszcza że system nagród i rankingów daje wyraźne poczucie progresu. Pomysł na miejskie życie trenera, który nocami walczy w turnieju Z-A Royale, to jedna z najbardziej świeżych i trafionych zmian w całej serii.

Eksploracja miasta

screenshot z gry Pokémon Legends: Z-A
Chyba mam deja vu

Poza walkami i turniejami, Pokemon Legends: Z-A oferuje również coś, czego od tej serii wielu graczy oczekiwało od lat – prawdziwe, otwarte miasto, które można swobodnie eksplorować, choć zalążek tego był już w Scarlet i Violet. Lumiose City to pełnoprawna metropolia z dziesiątkami zaułków, alejek i dachów, po których można się wspinać, przeskakiwać i szukać ukrytych nagród. Choć eksploracja nie jest aż tak rozbudowana jak w typowych grach z otwartym światem, stanowi solidne urozmaicenie pomiędzy kolejnymi walkami.

Wędrując po mieście, można natrafić na różnorodne znajdźki – od Potionów, przez rzadkie przedmioty, aż po specjalną walutę potrzebną do kupowania kamieni Mega Ewolucji. Te ostatnie pozyskujemy z Mega Kryształów, rozsianych dosłownie co kilkanaście metrów. Ich niszczenie staje się niemal rutynową czynnością, ale daje przyjemne poczucie progresu – zwłaszcza gdy możemy dzięki nim ulepszyć naszego Pokemona i zobaczyć, jak rośnie jego potencjał bojowy.

Lumiose City potrafi też zaskoczyć swoim układem. Sieć kanałów, stalowe konstrukcje przypominające proste wyzwania platformowe, a nawet dachy, po których można biegać niczym po miejskim torze parkour – to elementy, które dodają miastu charakteru i zachęcają do eksperymentowania z ruchem. Właśnie w tych momentach Z-A najbardziej przypomina przygodówkę akcji, a nie klasyczne RPG.

Nie zabrakło też zadań pobocznych, choć trudno uznać je za coś więcej niż krótkie przerywniki. Najczęściej sprowadzają się do prostych rozmów lub drobnych starć, jednak wnoszą odrobinę życia do miasta i pozwalają lepiej poznać jego mieszkańców. Co ważne, te mini-historie stanowią przyjemną odskocznię od głównego wątku fabularnego i pozwalają nieco zwolnić tempo po bardziej intensywnych fragmentach gry. 

Najbardziej rozczarowujący jest jednak dostępny content już po ukończeniu gry, a raczej…jego brak. Naprawdę niewiele do roboty zostaje po obejrzeniu napisów końcowych. Sytuacja ma się tu jeszcze gorzej, niż w przypadku kilku poprzednich odsłon. Cóż, pora czekać na DLC, co nie?

Graficznie be, ale muzycznie mniam

screen z Pokémon Legends: Z-A
toto

Ścieżka dźwiękowa w Pokemon Legends: Z-A to jeden z najmocniejszych punktów całej produkcji. Kompozytorzy postawili na nowoczesne, elektroniczne brzmienia, które idealnie oddają charakter futurystycznego Lumiose City – miasta, w którym tradycja spotyka się z technologią. Motywy znane z wcześniejszych części serii powracają tu w przetworzonych, synth-popowych aranżacjach, a dynamiczne rytmy podkreślają tempo walk i miejskiego życia.

W odróżnieniu od bardziej klasycznych ścieżek dźwiękowych poprzednich gier, Z-A stawia na styl inspirowany francuską elektroniką i muzyką klubową. To świetne nawiązanie do paryskiego charakteru Lumiose City. Każda dzielnica ma swój własny motyw przewodni – od spokojnych, jazzowych tonów w okolicach kawiarenek, po mocne basowe bity towarzyszące nocnym potyczkom w Strefach Walki.

Co ważne, muzyka nie jest tu tylko tłem – reaguje na wydarzenia, intensyfikuje emocje w trakcie walk z bossami i subtelnie cichnie w chwilach eksploracji. Dzięki temu oprawa audio buduje atmosferę, jakiej wcześniej w serii Pokémon po prostu nie było. To ewolucja, na jaką ta marka zasługiwała – nowoczesna, odważna i w pełni świadoma swojej tożsamości.

Podsumowanie – czy warto zagrać w Pokémon Legends: Z-A

Pora na meritum całej tej recenzji, czyli czy w ogóle warto zagrać w Pokemon Legends: Z-A. Tylko odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta, niestety. Z jednej strony gra po prostu sprawia radochę. Fabularnie sprytnie łączy się z X i Y, a bohaterów da się lubić. Teoretycznie mowa tu też o kroku w dobrą stronę, bo progress względem Arceusa lub Scarlet i Violet jest tu zauważalny. Praktycznie jednak trudno jest tę produkcję za to chwalić, bo to, na jakim poziomie technologicznym jest ta gra, jest niewybaczalne. Tak nie powinien prezentować się tytuł od jednej z najbardziej dochodowych marek świata. 

Niestety, Game Freak ma tu monopol, wie też, że nieważne jak kiepski produkt wypuszczą, to i tak będzie sprzedawał się jak szalony, a ludzie będą tego bronić. Dlatego nie mogę Ci jednoznacznie polecić zakupu. Mimo wszystko – jeśli jesteś fanem Poksów – na 90% będziesz bawić się świetnie, pomimo wszystkich niedogodności. Więc jeśli wszechobecny archaizm Cię nie odrzuca – bierz śmiało.  

Za kopię gry na Nintendo Switch 2 dziękuję Nintendo Polska!

Plusy

  • Świetny klimat Lumiose City i pomysł na miejskie życie trenera.
  • Odważny system walki w czasie rzeczywistym – wreszcie coś nowego w serii.
  • Rewelacyjna, nowoczesna ścieżka dźwiękowa inspirowana francuską elektroniką.
  • Satysfakcjonujące walki z bossami i dobrze zaprojektowane Strefy Walki.
  • Cykl dnia i nocy realnie wpływający na gameplay i atmosferę.
  • Nawiązania fabularne do Pokémon X i Y, które docenią fani.
  • Eksploracja i system Dzikich Stref to krok w dobrą stronę.

Minusy

  • Oprawa graficzna rażąco przestarzała, puste i monotonne miasto.
  • Brak udźwiękowionych dialogów w 2025 roku to wstyd dla marki tej skali.
  • Niski budżet widoczny w animacjach, teksturach i ogólnej jakości wykonania.
  • Walka, choć dynamiczna, często sprowadza się do „spamowania” ataków.
  • Problemy techniczne: kamera, kolizje, niecelne ataki dystansowe.
  • Płytkie zadania poboczne, bez głębi narracyjnej.
  • Brak podróżowania na Pokemonach, co ogranicza eksplorację.
  • Zbyt duża ilość powtarzalnych NPC-ów i pustych ulic.
0
0
0

Podziel się:

Awatar Jakub Hertel
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *