Oficjalnie WWE 2K26 zadebiutowało 12 marca, więc to najwyższy czas, aby podzielić się moimi wrażeniami z rozgrywki. Niestety – i jest to dla mnie dość wyjątkowa sytuacja – w tym roku nie będą one szczególnie pozytywne.
Po raz pierwszy jako fan wrestlingu i wieloletni gracz serii WWE 2K mam poczucie, że same nowości nie wystarczają, by przymknąć oko na zmiany, które coraz mocniej uderzają w graczy jako konsumentów. Zapraszam do krótkiej recenzji.
Ragdoll to słowo klucz. O największej nowości słów kilka
To, co najbardziej spodoba się fanom growego wrestlingu w WWE 2K26, to fakt, że największą nowością tegorocznej odsłony jest system ragdoll. Wciąż nie jest on całkowicie szalony – jak często bywa w grach korzystających z takiej fizyki – ponieważ działa w określonych ramach. Mimo to daje wystarczająco dużo swobody, aby wykonywać powerbomby na stalowe schodki czy zrzucać przeciwników z wysokości, którzy lecą i lądują niczym szmaciane lalki.

Nie zawsze wygląda to realistycznie, ale nie zawsze właśnie realizmu od gry oczekujemy. To zdecydowanie najbardziej pozytywna zmiana w tegorocznej odsłonie i coś, co wyraźnie zwiększa replay value. To, co dzieje się na ringu i poza nim, potrafi zaskoczyć jeszcze bardziej niż wcześniej.
Co jeszcze nowego?
Oprócz tego do gry trafiają nowe typy walk, takie jak I Quit, Dumpster, Inferno czy Three Stages of Hell. To miły dodatek, do którego trudno się przyczepić — większa liczba zawsze cieszy. Szkoda jedynie, że przy trybie I Quit wrestlerzy nie popisali się zbytnio przy voice actingu. Na tym tle wyróżnia się Rhea Ripley, która wyraźnie przyłożyła się do swojej roli, ale poza tym jest raczej przeciętnie.
Wprowadzono też m.in. system zmęczenia, czyli koło staminy — w tym stanie nie da się już kontrować wszystkich ruchów. Pojawiły się także nowe bronie, na przykład możliwość rozsypania pinezek, które całkiem efektownie zostają w ciałach wrestlerów. Generalnie jednak, jak już wspomniałem, ragdoll jest największą nowością. Reszta to dodatki na poziomie poprzednich odsłon serii — czyli dostajemy więcej, ale czy lepiej, to już zależy od punktu widzenia.
CM Punk został skrzywdzony. Showcase pozostawia wiele do życzenia
Tegoroczny tryb Showcase w WWE 2K26 został poświęcony gwieździe z okładki, jednemu z moich absolutnie ulubionych wrestlerów w historii mojego zainteresowania tym sportem — CM Punkowi. Niestety jest to prawdopodobnie najgorszy Showcase, w jaki grałem w ostatnich latach. Tryb podzielono na trzy części: walki historyczne, dream matches oraz scenariusze co by było gdyby, w których zmieniamy bieg historii.
Sam Showcase nie robi większego wrażenia, a pod względem gameplayu potrafi być zwyczajnie nużący. Cele powtarzają się z walki na walkę do tego stopnia, że kolejne starcia wyglądają niemal identycznie — zmieniają się jedynie przeciwnicy. Do tego wciąż obecne są zadania ograniczone czasowo, które odbierają pojedynkom naturalność. Zdarza się na przykład, że trzeba trzy razy wyjść z ringu i przejść za barierki w stronę publiczności tylko po to, by zaliczyć cel i jednocześnie zdążyć wrócić, zanim sędzia nas wyliczy.

Jedynym większym plusem Showcase jest możliwość zagrania Punkiem w różnych odsłonach jego kariery. To jednak głównie fanserwis — choćby możliwość usłyszenia ponownie This Fire Burns. Zabrakło mi też jakiegoś mocniejszego akcentu na sam koniec trybu. W jednej z kwestii Punk wspomina, że musi się spieszyć do domu, bo czeka tam jego pies Larry. Problem w tym, że Larry zmarł kilka miesięcy temu. Rozumiem, że ponowne zaangażowanie Punka, by nagrać zmienioną kwestię, mogło być trudne, ale mam wrażenie, że Larry zasługiwał przynajmniej na krótki ekran upamiętniający na końcu.
Tym razem nie sposób było zwalczyć wrażenie, że zabrakło najważniejszego elementu przy tworzeniu – miłości do gier wideo i wrestlingu.
682 zł, żebyś i tak musiał spędzać kilkadziesiąt lub kilkaset godzin na odblokowaniu tego, co ci się należy
I to właśnie moment, w którym WWE 2K26 najmocniej mnie od siebie odepchnęło. To prawdopodobnie najgorszy okres dla serii od lat, bo po raz pierwszy straciłem nią autentyczne zainteresowanie. Trudno nie czuć ogromnego zawodu, gdy konsument płaci prawie 700 zł za najdroższą edycję gry, aby otrzymać cały przyszły content, a jednocześnie i tak musi poświęcić dziesiątki godzin, żeby ten content w ogóle odblokować. Nowość w postaci Ringside Pass potrafi zająć od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu godzin, zanim zdobędziemy wszystkie nagrody za doświadczenie zdobywane podczas gry.
Co gorsza, w mediach społecznościowych Brian Mazique, deweloper związany z serią i twórca trybu MyFaction, stwierdził, że wygrywanie walk w mniej niż 60 sekund to obejście systemu. Tyle że to obejście przestaje być problemem w momencie, gdy zdecydujesz się zapłacić prawdziwe pieniądze za przyspieszenie progresji w Ringside Pass.

I tu dochodzimy do sedna. Tak naprawdę nie chodzi o żadne obchodzenie systemu. Ringside Pass istnieje po to, żebyś spędzał w grze nienaturalnie dużo czasu, znacznie więcej niż realnie masz ochotę, tylko po to, by odblokować interesujące cię nagrody. A 2K liczy na to, że przy okazji zostawisz w grze dodatkowe pieniądze. Dla mnie te tłumaczenia jednego z deweloperów i cała ta praktyka są zwyczajnie obrzydliwie korporacyjne i wprost wymierzone w konsumentów.
Co jeszcze słychać poza tym, no i werdykt
Z reguły nie gram w tryby The Island oraz MyFaction i myślę, że w obliczu tego, o czym przed chwilą mówiłem, pominięcie ich w tej recenzji nie będzie dużym nadużyciem. Najwięcej czasu spędzam w MyGM w WWE 2K26 i tutaj akurat nie mam większych powodów do narzekań. Pojawiło się kilka nowych elementów — dodatkowe typy walk, nowe PLE oraz nowi generalni menedżerowie, w tym między innymi CM Punk.
Zabrakło mi jednak jednej rzeczy. W trybie MyGM pojawiły się intergender matches, ale jednocześnie nie pozwolono w pełni wykorzystać tego pomysłu. Liczyłem na możliwość prowadzenia federacji Extreme Championship Wrestling w sposób bardziej otwarty, gdzie kobiety i mężczyźni mogliby rywalizować o te same mistrzostwa. Niestety pasy nadal są przypisane wyłącznie do mężczyzn, co przy wprowadzeniu walk mieszanych wydaje się dziwnym ograniczeniem.
Sprawdź też: Marathon – recenzja gry. Bieg w rozdarciu
W dużym podsumowaniu moja recenzja nie skupia się na wszystkich aspektach gry, ale myślę, że jest to bardzo uczciwe spojrzenie na WWE 2K26 — swego rodzaju obraz rozpaczy gracza, który kocha wrestling i gry skupiające się na tej tematyce. Tak jak zeszłoroczną odsłonę WWE 2K25 wyjątkowo polubiłem, tak w tym roku jestem po prostu rozczarowany zarówno zmianami, jak i postawą wydawcy.
Dlatego źle czułbym się, wystawiając wysoką ocenę. Jeśli właśnie tak ma wyglądać przyszłość serii WWE od 2K, to niestety wszystko, co naprawdę dobre, zostało już za nami.
Grę do recenzji na PC (Steam) dostarczyła firma CENEGA
Recenzja:
5
/
10
Plusy
Minusy












