Marathon – recenzja gry. Bieg w rozdarciu

Awatar Jakub Hertel
marathon recenzja gry

Szukasz idealnego extraction shootera? Marathon kusi genialnym klimatem i wybitnym audio. Czy faktycznie tak jest? Czytaj dalej, by dowiedzieć się, czy warto zagrać.

Zasiadając do najnowszego dzieła studia odpowiedzialnego niegdyś za serię Halo i Destiny, miałem głowę pełną obaw, ale i sporych oczekiwań.Powrót do marki z lat 90. w formie wieloosobowej strzelanki nastawionej na ewakuację z cennym łupem to ruch niezwykle odważny. Spędziłem na serwerach już nieco godzin i na własnej skórze przekonałem się, czy obietnice deweloperów zostały spełnione. 

To, co zastałem na zrujnowanej planecie Tau Ceti IV, wywołało we mnie skrajne emocje. Z jednej strony byłem zahipnotyzowany nieprawdopodobnym kierunkiem artystycznym, z drugiej czułem rosnącą frustrację wywołaną dziwnymi decyzjami projektowymi i problemami technicznymi. Moje odczucia idealnie wpisują się w ogólny, bardzo mieszany odbiór tego tytułu – to produkcja pełna bolesnych sprzeczności, z którą trudno się rozstać, ale równie trudno szczerze ją pokochać.

Marathon – audiowizualny obłęd w rytmie techno

Wkroczenie do gry to prawdziwy atak na zmysły. Twórcy zrezygnowali z bezpiecznego, militarnego fotorealizmu na rzecz estetyki, którą najprościej opisać jako retro-futurystyczny sen gorączkowy. Podczas eksploracji otoczenia na każdym kroku widać inspiracje demosceną, kulturą klubową lat 90. oraz wczesnymi latami internetu. Środowisko pełne jest fluorescencyjnych barw, zniekształconych obrazów przypominających błędy na kasetach VHS oraz interfejsów opartych na tekście ASCII. Same modele postaci, zwane powłokami (Runner Shells), ze swoimi kolczastymi hełmami i odblaskowymi elementami pancerza, wyglądają, jakby urwały się z undergroundowego rave’u z końcówki ubiegłego wieku.

Sprawdź też: Premiery gier. W co warto zagrać w tym roku?

Jednak to, co absolutnie zwaliło mnie z nóg, to warstwa dźwiękowa. Ścieżka muzyczna skomponowana przez Ryana Lotta to niepodważalne arcydzieło. Biegając ciemnymi korytarzami, nie słyszałem typowych, patetycznych orkiestracji. Zamiast tego z głośników płynęły chłodne syntezatory, dźwięki spreparowanego pianina z elementami mechanicznymi oraz fragmenty ludzkiego głosu, które pocięto i przetworzono na cyfrowe komunikaty. Te zniekształcone głosy wywoływały u mnie ciarki na plecach, sprawiając wrażenie, jakby zrujnowana kolonia wciąż próbowała się ze mną komunikować. Udźwiękowienie środowiskowe fenomenalnie buduje napięcie i poczucie całkowitego wyobcowania w obcym świecie.

Bezlitosna walka o przetrwanie i ekwipunek

screenshot z gry marathon
Dobry skład to podstawa – wtedy gra nabiera rumieńców

Główna pętla rozgrywki w pełni realizuje założenia gatunku extraction shooter, ale robi to w sposób niezwykle brutalny. Gra nie oferuje absolutnie żadnej siatki bezpieczeństwa – jeśli popełnię błąd i zginę, tracę cały zebrany łup, wyposażenie, a czasem nawet rangę. Zrozumiałem to dobitnie podczas mojego pierwszego wypadu, kiedy to w ułamku sekundy pożegnałem się ze świetnym karabinem szturmowym, bo nawet nie wiedząc skąd zostałem zdjęty przez wrogiego gracza

System uzbrojenia i ekwipunku jest na szczęście niesamowicie rozbudowany i daje mnóstwo satysfakcji. Do dyspozycji oddano nam 28 unikalnych sztuk broni zasilanych pięcioma rodzajami amunicji (m.in. Medium, Heavy, Volt, MIPS). Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak w momencie polowania na wyższe klasy rzadkości. Standardowa pukawka sprawdza się przeciętnie, ale kiedy udało mi się zdobyć pistolet CE Tactical Sidearm w legendarnej wersji (Prestige) – jeżuniu, jakież to potężne jest! Decyzja o tym, czy zabrać tak cenny sprzęt na kolejny rajd, zawsze przyprawiała mnie o szybsze bicie serca.

Podczas starć musiałem uważać nie tylko na wrogów, ale również na rozbudowany system nakładanych na moją postać efektów i osłabień. Gra potrafi okrutnie karać brak rozwagi. Ekonomia przetrwania wzbudziła jednak moje największe zastrzeżenia. Utrzymanie postaci przy życiu kosztuje słono. Gdy kilkukrotnie udało mi się pomyślnie ewakuować ze strefy, ale zużyłem w trakcie walki wszystkie apteczki, wracałem do menu głównego spłukany i często nie było mnie stać na zakup podstawowego leczenia na kolejną misję. Gra automatycznie sprzedaje opróżnione zasoby, co jest skrajnie nieintuicyjne i sprawia, że wczesne etapy rozgrywki przypominają uciążliwe zaciskanie pasa, zamiast satysfakcjonującego rozwoju.

Powłoki, frakcje i wertykalne mapy

screenshot z gry marathon
Gra potrafi ostro karać za brak rozwagi – to akurat spory plus

Zamiast tradycyjnych klas postaci, w grze przejmujemy kontrolę nad cybernetycznymi powłokami. Dostępnych jest 7 unikalnych wariantów, z których każdy oferuje drastycznie inne wrażenia z rozgrywki. Najwięcej czasu spędziłem, grając jako Vandal, bo to właśnie ona najbardziej pasowała do mojego stylu gry. Modyfikowanie powłok przy użyciu implantów (np. pozwalających zadawać obszarowe obrażenia przy upadku z dużej wysokości) to ogromny atut tej gry, pozwalający na tworzenie potężnych kombinacji taktycznych.

Znacznie gorzej wspominam współpracę z frakcjami korporacyjnymi. Świat gry podzielono na strefy wpływów sześciu organizacji, takich jak NuCaloric, MIDA czy Traxus. O ile zlecenia dla NuCaloric polegające na eksploracji były przyjemne, tak kontrakty bojowe zlecane przez Traxus doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Zadania wymagające aktywacji ukrytych w pułapkach komputerów w jednym sektorze, następnie bieg przez całą mapę, aby zrobić to w drugim, kończyły się fiaskiem za każdym razem, gdy grałem z przypadkowymi ludźmi z sieci, którzy zupełnie ignorowali moje cele. 

No właśnie – kooperacja. Ogólnie częściej trafiałem jednak na rozgarniętych graczy i nasze „biegi” przebiegały raczej pomyślnie, jednak nie brakowało też meczy pełnych chaosu, gdzie ewidentnie nowi gracze nie bardzo wiedzieli o co chodzi. Nic dziwnego, tutorial w Marathon jest bardzo podstawowy i nie tłumaczy zbyt wiele, ale na nieczytelności najnowszej produkcji Bungie skupię się za moment. 

Chcę wspomnieć tylko, że chociaż rozgrywka solo jest możliwa, tak… nie ma ona zbytnio większego sensu, szczególnie że grając w pojedynkę nie ma możliwości, aby wrócić na nogi po tym, jak oponent nas powali. Biorąc pod uwagę fakt, że mecze potrafi dobierać dość długo, to czasem mecze potrafią trwać krócej, niż ich wyszukiwanie. Przydałoby się tutaj nieco usprawnień. 

Frustracje techniczne i nieczytelny interfejs

Mimo mojego zachwytu nad oprawą graficzną i rewelacyjnym odczuciem ze strzelania, pozostałe mechanizmy pozostawiają wiele do życzenia. Interfejs użytkownika to jeden z najgorzej zaprojektowanych systemów nawigacji, z jakimi miałem do czynienia w grach AAA. Menusy są nieintuicyjne i przesycone trudnym do rozczytania tekstem ASCII, a wyskakujące podpowiedzi przypominają bełkot, który w trakcie gorączkowej wymiany ognia staje się niebezpiecznym obciążeniem. Namierzanie celów misji, takich jak bossowie frakcji Traxus, jest bardzo nieprecyzyjne, a zasięg znaczników do niedawna był tak mały, że biegałem w kółko bez celu.

Co z optymalizacją? Grę ogrywałem na PS5 Pro i naprawdę do samej wydajności nie mogę się przyczepić. Największym zawodem jest brak wsparcia dla odświeżania 120 Hz – gra jest twardo zablokowana na 60 klatkach na sekundę. W tytule, w którym liczy się każda milisekunda, brak trybu wydajnościowego na najpotężniejszej konsoli Sony to dla mnie bolesny cios. Gorycz potęgują fatalne błędy, w tym okazjonalne crashe – zdarzały się sytuacje, gdzie lootuje sobie budynek, by nagle wywaliło mi error. Oczywiście cały ekwipunek po czymś takim mi przepadał. Twórcy są chyba jednak tego świadomi, bo obecnie już jest pod tym względem lepiej.

Podsumowanie – czy warto zagrać w Marathon?

Dawno żadna gra nie wywołała we mnie takiego rozdarcia, jak właśnie Marathon. Z jednej strony to naprawdę przyjemna strzelanka, oferująca gęsty, niepowtarzalny retro-futurystyczny klimat, genialną mechanikę strzelania i mistrzowskie udźwiękowienie. Rozwój postaci za pomocą rdzeni i powłok zapewnia ogromne możliwości taktyczne. Jeśli jeszcze mamy odpowiedni skład, lub trafimy na ogarniętych graczy, to gra tylko nabiera rumieńców. 

Niestety, jakość tej zabawy jest skutecznie sabotowana przez rozczarowujące braki techniczne na konsoli Sony, nieczytelny i frustrujący interfejs oraz ekonomię i zadania frakcyjne, które zdają się nie szanować mojego czasu. To solidny rdzeń obudowany fatalnymi decyzjami biznesowymi i projektowymi. Trzymam kciuki za ten tytuł, liczę, że Bungie odpowiednio go rozwinie, bo produkcja zdecydowanie ma potencjał i naprawdę miło przy niej można spędzić czas. Czy jednak uda się jej przetrwać? Zobaczymy. 

Za kod do gry na PS5 dziękujemy PlayStation Polska!

Plusy

  • Wybitna reżyseria audio
  • Styl graficzny i klimat
  • Mechanika i gunplay

Minusy

  • Problemy techniczne na PS5 Pro 
  • Tragiczny interfejs i UX
  • Balans ekonomii w grze
0
0
0

Podziel się:

Awatar Jakub Hertel
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *