Pragmata to bardzo specyficzny tytuł. Zdecydowanie oryginalny i mający własny charakter. Wiem jednak, że wielu graczy ta gra może rozwścieczyć. Dlaczego? Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do dalszej lektury!
Sześć lat minęło od momentu, gdy Pragmata została w ogóle zapowiedziana. W pewnym momencie mogło się wydawać, że projekt umarł. Jednak podczas czerwcowego State of Play Capcom nie tylko przypomniał o nim graczom, ale też zaczął zalewać nas materiałami z gry. Twórcy wyraźnie są pewni swego i szczerze powiedziawszy, słusznie.
Nie poszli tu w bezpieczną powtórkę znanych patentów, tylko zbudowali grę opartą na duecie bohaterów, asymetrycznej współpracy i bardzo charakterystycznym rytmie starć. Nie ukrywam, że całość bardzo mi się podobała, choć trudno mi przejść obojętnie wobec pewnych aspektów tej produkcji.
Sprawdź też: Premiery gier. W co warto zagrać w tym roku?
Pragmata jedzie na utartych schematach… i dobrze
Zacznijmy od fabuły. Akcja gry toczy się w niedalekiej przyszłości, a my wcielamy się w niejakiego Hugh – człowieka, który zostaje uwięziony na zaawansowanej technologicznie stacji, gdzie coś ewidentnie poszło bardzo nie tak. Szybko spotyka on towarzyszkę, Dianę – tajemniczą dziewczynkę o niezwykłych zdolnościach, która okazuje się kluczowa dla przetrwania i zrozumienia sytuacji.
Razem próbują przetrwać w środowisku kontrolowanym przez zbuntowaną sztuczną inteligencję, odnaleźć drogę powrotną na Ziemię i zrozumieć, co doprowadziło do katastrofy. Całość opiera się na relacji tej dwójki i stopniowym odkrywaniu tajemnic miejsca, w którym się znaleźli.
Pod żadnym względem nie jest to odkrywcza historia. Wszystko jedzie tu na utartych schematach, ale scenariusz został napisany na tyle zręcznie, że mimo wszystko losy bohaterów śledzi się z zaciekawieniem. Trudno tu o elementy zaskoczenia czy szokujące zwroty akcji, jednak – przynajmniej mnie – kompletnie to nie przeszkadza. Capcom chciał opowiedzieć konkretną historię i zrobił to w sposób, który mnie satysfakcjonuje.
Hugh i Diana – duet, który niesie całą grę

Największy ciężar emocjonalny i mechaniczny spoczywa tu na relacji głównych bohaterów. Sens rozgrywki opiera się na ich wzajemnym uzupełnianiu. Hugh jest człowiekiem czynu – mobilnym, uzbrojonym, reagującym bezpośrednio. Diana to z kolei postać, która nadaje grze wyjątkowy rys, i to nie tylko dlatego, że odpowiada za hakowanie, ale również dlatego, że wnosi do tego świata bardziej intymny, mniej technokratyczny wymiar.
To ważne, bo w science fiction bardzo łatwo zgubić człowieka pod warstwą technologii, interfejsów i korporacyjno-kosmicznego chłodu. Pragmata wygląda natomiast na grę, która chce tę sterylność przełamać więzią między bohaterami. Dzięki temu stawka nie wydaje się wyłącznie fabularna, w sensie: „uratować świat” albo „uciec z placówki”. Staje się bardziej osobista. A kiedy science fiction działa najlepiej? Właśnie wtedy, gdy wielkie idee filtruje przez relację dwóch konkretnych postaci.
Uwielbiam też to, że mimo iż Diana jest androidem, sztuczną inteligencją posiadającą ogromną wiedzę, nie brakuje jej typowej dziecięcej ciekawości, co zresztą daje o sobie znać na każdym kroku. To absolutnie urocze – zupełnie jak wtedy, gdy w naszej bazie wypadowej, czyli tzw. azylu, młoda z wielką radością bawi się wydrukowanymi rzeczami z Ziemi albo chowa się przed nami dla zabawy. Mnóstwo takich małych momentów sprawia, że zacieśnia się więź nie tylko między Hugh a dziewczynką, ale też między nimi a nami, graczami.
Dynamiczny i nieco taktyczny gameplay

Ponieważ odpuściłem sobie demo, nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać pod kątem rozgrywki. Przed oczami przewijały mi się porównania choćby do Vanquish oraz Binary Domain i jak najbardziej są one trafne, ale do tego zestawienia dodałbym jeszcze inną serię Capcomu – Resident Evil. Jako całość Pragmata jest dość unikatowym doświadczeniem, szczególnie że… dochodzi jeszcze hakowanie.
Jednak nie takie, jakie miało miejsce w Watch Dogs, oj nie. Kiedy namierzamy oponentów, uruchamia się specjalna „plansza”, na której za pomocą oznaczonych przycisków – kółka, krzyżyka, kwadratu i trójkąta w przypadku PS5 – osłabiamy i ranimy przeciwników. O dziwo, system ten działa naprawdę dobrze. Bardzo szybko można się do niego przyzwyczaić i błyskawicznie staje się on czymś naturalnym. To rozwiązanie sprawia zresztą, że Pragmata nabiera tempa, o którym trudno zapomnieć.
W międzyczasie Hugh, z Dianą na plecach, też sporo biega i skacze, wspomagając się swoim plecakiem odrzutowym, za którego pomocą wykonuje również uniki. Sterowanie jest responsywne, a cała rozgrywka sprawia wrażenie płynnej. Trudno mi się tu do czegokolwiek przyczepić.
Wizualnie Pragmata ma wszystkie atuty nowoczesnego science fiction – zimne przestrzenie, technologiczną pustkę, uczucie izolacji i niepokój wynikający z obecności maszyn, które działają trochę zbyt autonomicznie. Tego typu estetyka potrafi być banalna, kiedy jest jedynie tłem. Tutaj działa znacznie lepiej, bo środowisko wydaje się powiązane z mechaniką. To nie tylko „ładna lokacja”, ale miejsce, które trzeba czytać, obchodzić, łamać i przechytrzać. Dzięki temu eksploracja nie jest wyłącznie wypełniaczem między cutscenkami, tylko integralną częścią zabawy.
To konkretny, spójny projekt, ale…

W Pragmacie najbardziej podoba mi się dyscyplina projektu. Cieszy mnie ogólnie powrót do mniejszych, bardziej zamkniętych produkcji. Jestem zmęczony wpychaniem otwartego świata wszędzie, gdzie popadnie. Capcom zbudował ten tytuł wokół kilku bardzo konkretnych założeń: dwojga bohaterów, jednej centralnej relacji, jednego unikalnego szkieletu walki i jednego wyraźnie określonego miejsca akcji. Wszystko to nadaje temu projektowi unikalną tożsamość.
To istotne również dlatego, że Pragmata przeszła długą i krętą drogę komunikacyjną. Gra była przekładana, zniknęła z radarów, wracała dopiero po czasie. W takich przypadkach zwykle rodzi się obawa, czy z projektu nie zrobił się zlepek kompromisów. Tymczasem obecny obraz całości wygląda zaskakująco spójnie. Widać pomysł, ton i kierunek. Capcom dokładnie wie, czym ta gra ma być. Opowiada konkretną historię w konkretny sposób i korzysta z określonych mechanik.
Pora jednak przejść do pewnego problemu. Zaskoczyło mnie, że gra w pudełku kosztuje dość „mało”. Cóż, chyba wiem, co mogło na to wpłynąć, i jest to rzecz, która rozwścieczy wielu graczy. Szczególnie tych, którzy przeliczają czas gry na złotówki, bo ukończenie wątku głównego wraz z niektórymi aktywnościami pobocznymi zajęło mi lekko ponad pięć godzin. Niewiele, prawda?
Nie da się ukryć, że to niewiele. Tyle że po skończeniu Pragmaty kompletnie nie miałem uczucia niedosytu. To właśnie jeden z tych tytułów, w których dostajemy kompletną historię, opowiedzianą we właściwym tempie, z rozgrywką, która nie nudzi aż do samego końca. Mam wręcz wrażenie, że dodanie jeszcze dwóch lub trzech godzin do tej produkcji wyszłoby jej na niekorzyść, bo wtedy mogłaby zacząć wkradać się monotonia. Trzeba jednak mieć na uwadze, że przygoda z Hugh i Dianą jest po prostu krótka. To też trochę zabawne, że fabuła w grze wyścigowej, jaką jest Screamer, zajęła mi więcej czasu niż właśnie Pragmata.
Audiowizualnie bez zarzutu
Pragmata ma jeszcze jeden atut – styl. Nie krzyczy nim, nie próbuje przeszarżować designem każdej ściany i każdego robota, ale zostawia po sobie bardzo konkretne wrażenie. Księżycowa placówka, futurystyczne miasto, trochę zieleni, chłód stali, martwa infrastruktura i kontrastująca z tym obecność Diany – to zestaw, który po prostu zapada w pamięć. Widać, że Capcom celował nie tyle w „realizm”, ile w atrakcyjną, kontrolowaną sztuczność science fiction. Nie ma tu przesadnego przepychu. Jest za to atmosfera.
Gra wygląda naprawdę nieźle i działa bez zarzutu. Przez całą rozgrywkę nie zdarzyły mi się żadne spadki płynności, a jeśli chodzi o bugi, to w pamięci utkwił mi tylko jeden. Wtedy wystarczyło po prostu wczytać ostatni zapis sprzed dosłownie kilku sekund. Technicznie mówimy więc o dopracowanym produkcie, co oczywiście bardzo cieszy.
Jeśli chodzi o utwory przygrywające w tle, świetnie dopełniają one całą atmosferę. Skłamałbym, gdybym powiedział, że zapadły mi w pamięć, bo tak nie było, ale też trudno mi powiedzieć o nich coś złego. Ot, ścieżka dźwiękowa jest po prostu w porządku.
Czy warto zagrać w Pragmatę?
Pragmata sprawia wrażenie gry, która nie chce wygrać „ilością”, tylko pomysłem. I bardzo dobrze. Capcom ewidentnie stawia tutaj na własny rytm, na nietypowe połączenie akcji, hakowania i budowania napięcia między dwojgiem bohaterów. To nie jest tytuł, który obiecuje natychmiastową, bezrefleksyjną frajdę, lecz raczej taki, który chce wciągnąć mechanicznym zaangażowaniem i atmosferą.
Pragmata ma tożsamość. W świecie pełnym produkcji bezpiecznych, projektowanych pod szerokie gusta i szybkie zużycie, taka wyrazistość jest wartością samą w sobie. Jasne, ryzyko jest duże. Jeśli główny system nie „kliknie”, konsekwencje odczuje cała gra. Ale jeśli kliknie, wtedy będzie można spokojnie powiedzieć, że Capcom dostarczył jedną z najciekawszych gier science fiction ostatnich lat.
Trzeba jednak pamiętać, że fabularnie gra mimo wszystko jedzie na utartych schematach. Historia jest dość przewidywalna i po prostu krótka. Dla mnie nie są to szczególnie istotne wady, ale na pewno nie każdemu przypadnie to do gustu.
Za grę do recenzji na PS5 dziękujemy firmie CENEGA!
Recenzja:
8,5
/
10
Plusy
Minusy












