Mafia: The Old Country niekoniecznie przekonywało mnie do siebie swoimi materiałami marketingowymi. Czy moje uprzedzenia były słuszne? Okazuje się, że zdecydowanie nie i już tłumaczę dlaczego!
Od premiery ostatniej Mafii minęło 9 lat (sic!). Trójka u wielu pozostawiła mały niesmak, który nieco osłodził remake jedynki. Gracze chcieli jednak więcej, aż w końcu ogłoszono czwartą część, choć chronologicznie – pierwszą. Nie ukrywam że setting mocno mnie zaintrygował, ale z tyłu głowy, cały czas miałem myśl, że to jednak Ci sami ludzie, co od Mafii 3. Do tego wszelakie zwiastuny coraz bardziej studziły mój entuzjazm.
Przypominało mi to bardziej klimaty Uncharted, czy innej Lary Croft lub Doktora Jonesa. Trudno było mi znaleźć w tym klimat serii, którą pokochałem już za dzieciaka, kiedy to tatko załatwił naprawdę-bardzo-legalne kopię jedynki. To właśnie z miłości do niej w ogóle dałem szansę nowej odsłonie.
Także Mafia: The Old Country w końcu trafiła na dysk mojej konsoli i już po pierwszej godzinie rozgrywki wiedziałem, że Hangar 13 tym razem lekcje odrobiło.
Mafia: The Old Country – stare strony, stary klimat
Jak już wspomniałem – tym razem cofamy się do XX wieku, a klimat Stanów Zjednoczonych, zamieniono na Sycylię – miejsca, w którym całe to mafiozowanie w ogóle się zaczęło My, jako gracze, wcielamy się w niejakiego Enzo. Chłopaka, który całe życie haruje niewolniczo w kopalni, któremu w wyniku pewnych wydarzeń udaje się uciec spod bata i trafia pod skrzydło rodziny Torrisich. Mając do wyboru życie w przestępczym półświatku, a harować jak wół za miskę ryżu – raczej nie muszę tłumaczyć, że nowe życie wydawało mu się wręcz rajem.
Młodziak szybko zyskuje sympatię większości rodziny, na każdym kroku pokazuje się z jak najlepszej strony i niejednokrotnie nie tyle co wyciąga familię z kłopotów, a im zapobiega. Nawet niewiastę piękną zapoznaje i serce mu zaczyna łomotać jak szalone! Tylko w tym przypadku jest mały problem – a jaki? Zdradzać nie będę, ale pewnie się domyślasz :). Dodam tylko, że dostajemy tutaj pewnego rodzaju interpretację Romea i Julii.
Mafia: The Old Country to kawał świetnej, mafijnej opowieści, która czerpie sporo z pierwszych dwóch odsłon. To dość przyziemna i często mroczna historia, która znajdzie swoich fanów wśród wielbicieli tego typu dzieł. Klimat wręcz wylewa się z ekranu. Dokładnie za czymś takim tęskniłem.
Spora tutaj zasługa postaci, które są świetnie rozpisane. Bardzo łatwo nawiązać z nimi więź, każda z nich ma swój charakter i bez trudu zostają w pamięci. To jest też skutek kapitalnych dialogów. które nie tracą wydźwięku nawet w polskim tłumaczeniu – chapeau bas, kawał dobrej roboty.
Do tego cała ta otoczka! Twórcy mocno skupili się na tym, aby jak najwierniej oddać Sycylię z początku XX wieku – wiele miejsc było odtwarzanych na bazie starych fotografii, ale też architektura to nie wszystko – sposób w jaki ludzie się wypowiadają, to, jak walczymy, jak ogólnie się społeczeństwo wtedy zachowywało i reagowało na pewne zdarzenia – wszystko sprawiało wrażenie autentycznych, ale…
…jednocześnie brak temu wszystkiemu życia. Wystarczy choć na chwilę zejść z głównej ścieżki, a świat zaczyna przypominać piękną, lecz martwą makietę. Ok – fabuła pędzi i wszystko gra, ale no, dałoby się to zrobić nieco lepiej.
Szybko i dobrze

Na sporą pochwałę zasługuje także świetnie wyważone tempo, które ani na chwilę nie pozwala nam się nudzić. Produkcja płynnie i sprawnie przechodziła z luźniejszych dialogów, do dynamicznej wymiany ognia. Każda z postaci też jest odpowiednio wyeksponowana – nie czuć kompletnie, że któryś z bohaterów miał za mało czasu antenowego. Dlatego też mocniejsze sceny tak dobrze tu działają – jak już wspominałem – łatwo nawiązać z tymi linijkami kodu więź. Tak samo zresztą było w jedynce i dwójce – trójka niestety była zbyt rozwleczona, także cieszy taki powrót do „klasyki”.
Sprawdź też: Mafia: The Old Country – data premiery, fabuła, wymagania
Przejście fabuły zajęło mi około 12 godzin, czyli mniej więcej tyle, co pierwsze dwie odsłony. Osobiście uważam, że dodatkowa godzina by nie zaszkodziła, ale to z innego względu, o którym wspomnę w sekcji poświęconej już samej rozgrywce. Historia sama w sobie jednak wciągnęła mnie od A do Z i ostatecznie jestem naprawdę bardzo zadowolony, choć nie do końca zgrzyta mi samo zakończenie. Jest ono mocne, lecz pewna decyzja nie do końca ma dla mnie sens.
Zapomniałbym – jeśli zastanawiasz się, czy w Mafia: The Old Country jest w ogóle połączona z częściami 1-3, to tak! Ba – jedną z ważniejszych postaci drugoplanowych na pewno bardzo dobrze kojarzysz i tutaj poznasz ją nieco z innej strony. Poza tym znajdzie się jeszcze kilka innych znanych twarzy, a o innych poczytasz np. z raportów dotyczących aresztowań. Trochę tych smaczków jest – podejrzewam też, że wiem już, gdzie będzie rozgrywać się potencjalna Mafia 5.
Bardziej liniowo? O to chodzi. Jak wypada rozgrywka?
Moim jednym z największych zarzutów wobec Mafii 3 było to, że jest wtórna, rozwleczona, za duża i po prostu – nudna. Sprawiała ona bardziej wrażenie nieudanego klona GTA, niż kolejnej odsłony serii. Tym razem jednak Hangar 13 poszło po rozum do głowy i wróciło do korzeni. Mafia: The Old Country składa się z 14 rozdziałów, gdzie mamy do wykonania konkretne cele – bez zbędnych znaczników*, nie ma też biegania bez celu – przez większość czasu lecimy z punktu A do B (choć z wyjątkami!). Chcesz pośmigać na spokojnie po Sycylii? Odpal tryb free roam. Tam właśnie można udać się w podróż po wszystkie znajdźki itp.
Dla mnie to świetna decyzja. Jestem już nieco zmęczony tymi wszystkimi otwartymi światami, szczególnie że w dużej części produkcji nie są one kompletnie potrzebne. W tym przypadku dostałem solidny tytuł, który wciąga, cieszy i nie usypia. To pełna akcji, gangsterka opowieść, w którą tez po prostu dobrze się gra.

No właśnie – jak wypada sama rozgrywka? Chciałoby się rzec, że świetnie, ale byłaby to półprawda. Owszem – ogólnikowo jest naprawdę nieźle, ale niestety troszkę nosem tez pokręcić będę musiał.
Na plus na pewno zasługuje system walki i strzelania. Na samym początku poznasz pojedynki na noże – w Mafia: The Old Country na blisko ścieramy się wyłącznie jeden na jednego i tylko w określonych w fabule momentach. Do dyspozycji mamy dwa ataki – cięcie i pchnięcie, przełamanie gardy, kontra oraz unik. Należy uważnie obserwować ruchy oponentów, aby albo w idealnym momencie odbić jego atak, albo po prostu naskoczyć na niego z serią. Nie są to jakieś wielce skomplikowane walki, szczególnie że czas na kontrę jest naprawdę spory. Na szczęście nie ma tego typu fragmentów zbyt wiele, także nie ma raczej opcji, żeby się nimi znudzić.
Pif, paf oraz skradanie
Jeśli miałbym wymienić jakiś plus trzeciej odsłony, to system strzelania. Ten w The Old Country jest do niego dość podobny i tak naprawdę – bardzo dobrze. To, co mi się bardzo podobało, to fakt, iż dzierżoną przez nas broń, faktycznie czuć. Wszystkie wystrzały są „ciężkawe” i dają o sobie znać. To jest właśnie coś, czego brakowało mi np. w Doom: The Dark Ages, gdzie nieważne jaką giwerą się posługiwałem – kompletnie nie sprawiały one satysfakcji. Tutaj jest zdecydowanie inaczej.
Tu też może dodatkowo działać fakt, iż nasza broń zbyt wiele amunicji nie ma – ta czasem gdzieś leży, ale przede wszystkim pozyskiwać ją trzeba z ciał biedaków, którzy stanęli z Enzo na drodze. Lootowanie nieco czasu zajmuje, więc w bardziej dynamicznych akcjach trzeba robić to z rozwagą.

Do tego też niezwykle przyjemne okazały się sekcje, w których należy się skradać. Przeciwników można zarówno ogłuszyć, jak i po prostu wyeliminować. Najważniejsze, by po sobie posprzątać i ukryć gdzieś ciało. Oczywiście nie ma mowy tutaj o poziomie Thiefa, czy Hitmana, ale jest przynajmniej ok. Tylko dlaczego Ci przeciwnicy tacy głupi?
No właśnie – SI wrogów to po prostu żart. O ile trafiać, trafiają, tak w sekcjach skradankowych kompletnie odejmuje im rozum. Możesz na spokojnie iść na wprost oponenta, który jest w Ciebie wpatrzony, rzucasz szybko monetą i nagle bardziej interesuje go kawałek miedzi, niż jakiś tam intruz. Pominę to, że aby w ogóle dać się wykryć, to trzeba się po prostu postarać.
Brum, brum, czyli system jazdy w Mafia: The Old Country
W Mafia: The Old Country na samym początku śmigamy glównie na konikach – nic dziwnego, mamy początek XX wieku. Z czasem otrzymujemy możliwość prowadzenia pojazdów mechanicznych, ale z wiadomych względów – ogólnie zbyt wielu ich nie ma. Sama jazda jest dość przyjemna, choć zirytować i tak potrafi, szczególnie w zakrętach. Czasem auto potrafi odwalać Red Bull X-Fighters po delikatnym spotkaniu np. z murkiem. Jak wywalisz się na dach, to spokojnie – wystarczy wcisnąć odpowiedni przycisk i gotowe.
Jak już w temacie motoryzacyjnym jesteśmy, to niestety – brakuje tu mechaniki kradzieży aut. Znaczy – jest to zrozumiałe, wszak wówczas mieli je przede wszystkim bogacze oraz mafiozo. Tylko w takim razie bardziej można byłoby rozwinąć motyw „pożyczania” koni. Niestety, nic z tego.
Dodatkowo, jeśli też masz PTSD po wyścigu z pierwszej Mafii, to złe wieści – w najnowszej odsłonie też się ścigamy! Tylko tym razem niestety pada nie rozwalisz o ścianę, bo pod koniec oponenci najzwyczajniej w świecie zwalniają, byleby gracz wygrał. Trochę niemile, prawda?
Chcesz dodatkowe mechaniki? Dla samouczka to!

Choć ogólnie rozgrywka sama w sobie bardzo mi się podobała, tak całkowicie nie rozumiem, jaki twórcy mieli zamysł wprowadzając do gry dwie mechaniki, których użyto wyłącznie… na samym początku historii, w formie samouczka. No dobra, jedną z nich jeszcze w późniejszym etapie rozgrywki, ale to tyle. O co mi się dokładnie rozchodzi?
Otóż w pierwszych rozdziałach, kiedy to Enzo dopiero poznaje uroki przestępczego półświatka, uczymy się otwierania sejfów oraz wymuszania haraczu. Proste, lecz zdecydowanie wpływające na ogólny poziom immersji mechaniki. Czy było pole, aby zaimplementować je w późniejszych częściach rozgrywki (więcej, niż raz?), zdecydowanie. Gdyby gra była o 1-2h dłuższa, nie byłoby raczej z tym problemu. Wielka szkoda, bo nie ukrywam – trochę mi tego brakowało.
Technicznie jest…średnio


Najgorszym elementem Mafia: The Old Country jest niestety sfera techniczna produkcji. Gra sama w sobie ogólnie wygląda nieźle, choć nierówno – momentami można pozachwycać się widokami, aby następnie zaatakowała nas grafika rodem sprzed generacji, jak nie dwóch.
W dniu premiery był też spory problem ze stabilnością rozgrywki – spadki FPS zdarzały się dość często, choć po patchu wydaje mi się, że jest już dużo lepiej pod tym względem. Niestety obojętnie nie przejdę też wobec animacji – często dziwacznych i sztywnych, wczytujących się z opóźnieniem lub wcale, albo identycznych dla wszystkich postaci, wykonujących momentami idealną synchronizację, jakby to występ jakiś był. Nie sposób nie wspomnieć o znikających ciałach, albo momentach, gdzie krew z nich pojawia się obok, zamiast pod.
To w większości są naprawdę drobnostki, które w żaden sposób nie przeszkadzają w rozgrywce, nie uniemożliwiają jej przejście, ani nic z tych rzeczy. Jednak gryzą one w oko i to dość często, a jednak dałoby się to zrobić nieco lepiej. Denerwowało mnie też to, że aby rozpocząć jakąś akcję, typu otwieranie drzwi, czy rozmowa – należało stanąć w idealnym miejscu, bo np. podchodząc od boku do NPC – no nida rady zainicjować dialogu.
Czy warto zagrać w Mafia: The Old Country?

Podsumowując – czy warto zagrać w Mafia: The Old Country? Jak najbardziej – szczególnie, kiedy jest się fanem poprzednich odsłon i ogólnie gangsterskich klimatów. Nie jest to pod żadnym pozorem produkcja idealna, ale moim zdaniem świetnie trafia w grupę docelową. To kawał świetnej, mafijnej opowieści, która czerpie to, co najlepsze z gatunku.
Nowa odsłona to powrót serii w zdecydowanie lepszym stylu niż pechowa „trójka”. Hangar 13 porzuciło nadmiernie rozciągnięty, otwarty świat na rzecz bardziej liniowej, klimatycznej historii, osadzonej na początku XX wieku na Sycylii. Opowieść o Enzo, chłopaku, który z kopalni trafia pod skrzydła mafii, wciąga od pierwszych minut, a świetnie napisane postacie i dialogi sprawiają, że losy bohaterów naprawdę obchodzą gracza.
Rozgrywka jest dynamiczna, system strzelania satysfakcjonujący, a klimat — momentami wręcz wybitny. Niestety, gra cierpi na pewne braki w szczegółach, jak martwy świat poza główną ścieżką fabularną, słabe SI przeciwników czy niedopracowana sfera techniczna. Mimo to jest to tytuł, który fani serii powinni sprawdzić bez wahania.
Za kod do gry na PS5 dziękujemy firmie CENEGA
Recenzja:
7
/
10
Plusy
Minusy






