Czy klasyczna gra zręcznościowa z lat 80. może odnaleźć się we współczesnej metroidvanii? Shadow Labyrinth to hołd dla PAC-MANA, który zamiast uciekać przed duchami, wycina je mieczem. Sprawdzamy, czy to działa.
Shadow Labyrinth – nowe oblicze PAC-MANA
Czy ktoś się tego spodziewał? Shadow Labyrinth to odważna reinterpretacja jednej z najbardziej ikonicznych marek w historii gier. PAC-MAN. Postać kojarzona dotąd głównie z prostą, zręcznościową rozgrywką w neonowym labiryncie (choć po drodze zahaczył o 3D!). Tu staje się częścią mrocznej, sci-fi opowieści o samotności, walce i eksploracji. Zamiast połykania kulek uciekając przed duchami, wcielamy się w milczącego wojownika (Swordsman No.8), który z pomocą enigmatycznego PUCK-a wyrusza na nieznaną planetę, by odkryć jej tajemnice.
Ten nieoczekiwany zwrot w stylistyce i formule gameplayowej to nie tylko forma uczczenia 45-lecia PAC-MANA, ale też próba redefinicji marki w duchu współczesnych trendów – tu metroidvania spotyka klasykę arcade. Gra zręcznie łączy nostalgiczną tożsamość z nowym gatunkiem, wykorzystując elementy typowe dla PAC-MANA (labirynty, „pożeranie”, power-upy) w całkowicie nowym kontekście. Dla starszych graczy to zaskakujący powrót do znanego uniwersum, a dla nowych – wejście w świat, który łączy retro z nowoczesnością.
Warto też wspomnieć, że Shadow Labyrinth nie funkcjonuje w oderwaniu i jest częścią większego uniwersum Bandai Namco znanego jako UGSF Timeline (United Galaxy Space Force). Łączy ono wątki z innych gier, takich jak Galaga, Xevious czy Dig Dug. Takie gierkowe MCU.
Mrok i tajemnice – fabuła bez spoilerów
Fabuła w Shadow Labyrinth to pełnoprawna, mroczna opowieść science fiction osadzona w dalekiej przyszłości, zaskakująco dobrze napisana jak na grę inspirowaną PAC-MANEM. Gracz wciela się w postać Swordsman No.8, tajemniczego wojownika przywołanego przez enigmatyczną istotę o imieniu PUCK – będącą jednocześnie reinterpretacją kultowego żółtego bohatera z gier arcade.
PUCK nie jest tu jednak maskotką, a raczej czymś w rodzaju przewodnika o niejasnych motywacjach. Wspólnie trafiają na nieznaną planetę, której nazwa – z uwagi na embargo – pozostaje tajemnicą, ale dla fanów Bandai Namco będzie ciekawym easter eggiem.
Narracja prowadzona jest oszczędnie, ale z wyczuciem. W tle przewijają się motywy samotności, determinacji, klonowania, walki z potężną SI i dawnych wojen kosmicznych. To właśnie dzięki temu Shadow Labyrinth potrafi zaintrygować nie tylko klimatem, ale i powoli odkrywanym lore – szczególnie jeśli ktoś zna uniwersum UGSF albo obejrzał krótki animowany prequel, który jest jednym z odcinków Ukryty Poziom, antologii dostępnej na Amazon Prime Video.
Warto też zaznaczyć, że mimo mroku i powagi, gra nie jest przesadnie patetyczna. Raczej stawia na niepokój i tajemnicę, podsycane brakiem głosu głównego bohatera oraz fragmentarycznymi informacjami serwowanymi przez spotykane postacie. Całość tworzy klimat rodem z klasycznych anime sci-fi i gier typu Metroid Dread czy Ender Lilies.
Eksploracja i mechaniki metroidvanii

Już po kilkudziesięciu minutach Shadow Labyrinth daje jasno do zrozumienia: to nie liniowa przygoda, a pełnoprawna metroidvania z wszystkimi tego konsekwencjami. Rozgrywka opiera się na eksploracji rozległych, wielopoziomowych lokacji, do których wracamy wielokrotnie. Oczywiście wyposażeni w nowe zdolności, otwierające wcześniej niedostępne przejścia.
Gra korzysta z klasycznej mapy, którą można przybliżać i oznaczać własnymi znacznikami – co jest wręcz niezbędne, gdy labirynt się rozrasta. Bardzo szybko orientujemy się, że wiele ścieżek prowadzi do sekretów, skrótów, dodatkowych walk lub ukrytych NPC-ów. Niektóre przejścia ukryto za ścianami, inne prowadzą w górę lub w dół – dosłownie i symbolicznie.
Backtracking to nie wymuszony obowiązek, ale integralna część doświadczenia. Po odblokowaniu umiejętności takich jak GAIA (mech), Mini-PUCK, podwójny skok, czy grappling hook, możemy wracać do poprzednich lokacji i eksplorować je na nowo – często odkrywając zupełnie nowe ścieżki. Szczególnie istotne są tu niebieskie linie D-Line, po których PUCK może „jeździć” w labiryntach, otwierając dostęp do kolejnych regionów.
Tempo eksploracji jest dobrze wyważone – początek gry prowadzi nas za rękę, ale od trzeciej większej lokacji (Sky-high Tree) gra zaczyna rzucać gracza na głęboką wodę. To wtedy mapy robią się gęstsze, z większą ilością odnóg i punktów orientacyjnych. Z pomocą przychodzi system medali – ukończenie 100% danej lokacji jest sygnalizowane, co motywuje do dokładniejszego przeszukiwania każdej planszy.
Fani metroidvanii poczują się tu jak w domu. Dla mniej cierpliwych – może to być wyzwanie. Na szczęście systemy gry wspierają gracza w poruszaniu się po tym labiryncie, nie tylko mechanicznie, ale też wizualnie – dzięki oznaczeniom, białym podświetleniem ścieżek i rozpoznawalnym wzorcom na mapie.
Walka – dynamiczna i wymagająca

Choć eksploracja to fundament Shadow Labyrinth, to system walki stanowi jego kręgosłup. Jest on zaskakująco rozbudowany, satysfakcjonujący i wymagający. Nie jest to bezmyślna rąbanka. Każdy pojedynek, nawet z podstawowymi przeciwnikami, potrafi skończyć się źle, jeśli zignorujemy rytm, uniki i wykorzystanie zasobów.
W centrum walki stoi Swordsman No.8 — postać, którą rozwijamy, dopasowując do własnego stylu. Do dyspozycji gracza oddano trzy podstawowe ciosy, system uniku (dash), parowania (kluczowego w wielu starciach), ataki ESP, a także możliwość transformacji w potężnego mecha GAIA, który zapewnia chwilową nieśmiertelność i ogromną siłę rażenia. Odpowiedni timing parowania potrafi wyłączyć bossa z walki na kilka cennych sekund, a Devour – mechanika znana z God of War czy Dooma – pozwala szybko zakończyć starcie z ogłuszonym przeciwnikiem.
Kolejną warstwą głębi są perki i umiejętności ESP, które można dowolnie konfigurować. System ten przypomina nieco buildy z Dead Cells — gra nagradza eksperymentowanie. Chcesz zwiększyć zasięg haka? Zainwestuj w Shot Extender. Chcesz szybciej zbierać zasoby? Aktywuj Ora Gain. W połączeniu z craftowaniem i devourowaniem przeciwników daje to ogromną swobodę personalizacji postaci.
Walka z bossami zasługuje na osobne wyróżnienie. To prawdziwe próby zręczności i zrozumienia systemu — wymagają uważnej obserwacji areny, wykorzystywania otoczenia (np. linie D-Line czy punkty do zaczepienia), a także umiejętnego przełączania się między trybami walki. Co ważne – każdy boss jest inny, a porażka niemal zawsze wynika z błędu gracza, nie niesprawiedliwości systemu.
Krótko mówiąc: walka w Shadow Labyrinth nie jest dodatkiem, tylko pełnoprawnym, przemyślanym systemem, który zadowoli zarówno weteranów gatunku, jak i tych, którzy dopiero wciągają się w bardziej techniczne metroidvanie.
Tryb PUCK i labirynty
W sercu Shadow Labyrinth bije puls klasycznego PAC-MANA — i to dosłownie. Gra regularnie zaskakuje specjalnymi sekcjami, w których przejmujemy kontrolę nad Mini-PUCK-iem i trafiamy do odrębnych, zamkniętych labiryntów stylizowanych na oryginalne plansze z lat 80. Ale to nie prosta nostalgia – to pełnoprawny, zręcznościowy tryb gry, który łączy stare z nowym.
Podczas tych etapów musimy „czyścić” plansze, zbierając punkty, unikając przeciwników i wykorzystując power-upy, takie jak Decoy czy automatyczne skoki. Styl rozgrywki przypomina dynamiczną minigrę logiczno-zręcznościową, w której istotne są nie tylko refleks i precyzja, ale także dobra strategia — np. zgrupowanie duchów, zanim uruchomimy pułapkę z kostek.

Każdy taki labirynt składa się z kilku etapów i kończy się walką z bossem — zupełnie inną niż klasyczne starcia Swordsmanem. Tu akcja przypomina bardziej odbijanie się od ścian i przeciwników jak w pinballu, co wymaga opanowania unikalnego stylu sterowania. Pomocna okazuje się możliwość włączenia przewodnika skoku (tzw. „jump guide”), który ułatwia celowanie w odpowiedni punkt planszy.
To właśnie te sekwencje nadają Shadow Labyrinth unikalny charakter. Są odmienne pod względem mechaniki, klimatu i dynamiki, a jednocześnie idealnie pasują do ogólnej konstrukcji gry. Co ważne — nie są wciskane na siłę. Pojawiają się wtedy, gdy mają sens fabularny i gameplayowy, a ich ukończenie często odblokowuje nowe ścieżki, umiejętności lub kluczowe przedmioty.
GAIA, transformacje i personalizacja
W Shadow Labyrinth stale ewoluujemy. Gra stawia duży nacisk na rozwój postaci, a system ulepszeń, perków i transformacji pozwala realnie wpływać na to, jak radzimy sobie z kolejnymi wyzwaniami. Kluczowym elementem tego systemu jest GAIA – potężny mech, w którego możemy się przemienić.
GAIA to swoisty tryb berserkera. Podczas jego aktywacji jesteśmy niemal nieśmiertelni, zadajemy potężne obrażenia, a niektóre przeszkody terenowe przestają nas obowiązywać. To doskonałe narzędzie zarówno ofensywne (np. na bossów), jak i eksploracyjne — mech może np. chodzić po lawie czy niszczyć przeszkody, które dla Swordsman No.8 byłyby śmiertelne. Ale jest haczyk – czas działania GAIA jest ograniczony, co sprawia, że trzeba korzystać z niego strategicznie.
Sprawdź też: Shadow Labyrinth – pierwsze wrażenia z rozgrywki. Metroidpac-mania
Drugim filarem personalizacji są ESP Skills i PERKI. To właśnie one nadają naszej postaci unikalny styl walki. Możemy wybrać, czy stawiamy na mobilność, siłę ataku, wydajność w zbieraniu surowców, czy może efektywność parowania. Niektóre perki, jak Ora Gain (automatyczne zbieranie waluty) czy Shot Extender (zasięg haka), okazują się kluczowe przy konkretnym stylu gry lub w danym momencie fabularnym.
Dodatkowo mamy możliwość ulepszania statystyk (atak, ESP, zdrowie) przy punktach zapisu, a liczbę posiadanych „apteczek” (HP Tanks) zwiększamy poprzez znajdowanie specjalnych znajdziek. Właśnie dlatego powrót do wcześniejszych lokacji z nowymi mocami jest nie tylko satysfakcjonujący, ale i opłacalny.
Shadow Labyrinth zachęca do eksperymentowania. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zmieniać konfiguracje przed kolejnym bossem lub przebudować build pod konkretną strefę. To jeden z tych tytułów, gdzie gracz ma realne poczucie wpływu na rozwój postaci, a nie tylko na statystyki w tabelce.
Styl wizualny i oprawa audio

Na pierwszy rzut oka Shadow Labyrinth wydaje się mroczniejszy niż jakakolwiek gra z PAC-MANEM w tytule miała prawo być i właśnie to działa na jego korzyść. Styl wizualny tytułu to połączenie sci-fi, cyberpunku i estetyki znanej z klasycznych gier arcade. Świat gry jest pełen głębokich cieni, neonowych akcentów, metalicznych struktur i zniszczonych technologii, co przywodzi na myśl klimaty Dead Space, Hollow Knight czy nawet Blame! Tsutomu Nihei.
Każda lokacja ma wyraźnie odrębny charakter od dusznych, klaustrofobicznych więzień, przez buchające lawą wulkany, aż po organiczne, surrealistyczne drzewa oplatające niebo. Efekty świetlne i kontrast kolorów robią świetną robotę w prowadzeniu gracza i nadaniu grze nastroju tajemnicy. W tle przewijają się subtelne wizualne smaczki – np. fragmenty plansz przypominające pikselowe labirynty z klasycznych automatów.
W animacjach czuć arcade’owy puls. Ciosy mają odpowiedni impakt, przeciwnicy rozkładają się efektownie, a transformacje (np. w GAIA) robią wrażenie. Pod względem artystycznym gra trzyma równowagę między retro a nowoczesnością — szczególnie w sekwencjach PUCK-a, gdzie kamera zmienia perspektywę i wracamy do geometrycznych, pulsujących labiryntów w stylu Tron.
Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową, Shadow Labyrinth uderza w ambientowy, elektroniczny klimat. Muzyka rzadko się narzuca – raczej tworzy napięcie, niż prowadzi gracza za rękę. Gdy jednak dochodzi do walki z bossem lub dynamicznej sekwencji platformowej, tempo natychmiast przyspiesza, podkreślając emocje. Nie brakuje też efektów dźwiękowych znanych fanom PAC-MANA – ale przefiltrowanych przez soczewkę mroku, jakby przeszły przez postapokaliptyczne radio.
To właśnie ta spójność artystyczna — balans między nowym a starym, ciemnością a kolorem, subtelnością a intensywnością — sprawia, że Shadow Labyrinth wygląda i brzmi jak coś więcej niż eksperyment z PAC-MANEM w tle. To wizualnie dopracowany świat, który zostaje w pamięci.
Podsumowanie – czy warto zagrać w Shadow Labyrinth?
Shadow Labyrinth to zaskakująco ambitna gra, która udowadnia, że nawet ikony arcade mogą odnaleźć się w nowych gatunkach. Bandai Namco nie tylko przeniosło PAC-MANA do świata metroidvanii, ale tchnęło w niego zupełnie nową tożsamość. Mamy tu mroczny świat sci-fi, złożoną strukturę eksploracji, satysfakcjonującą walkę i nietypową narrację, która potrafi zaintrygować bez nachalnego eksponowania fabuły.
Gra nie jest idealna – momentami potrafi przytłoczyć rozmiarem lokacji czy koniecznością backtrackingu. To tytuł wymagający – zarówno zręcznościowo, jak i mentalnie, szczególnie dla graczy, którzy nie są fanami klasycznych metroidvanii. Ale jeśli ktoś ceni eksplorację, systemy rozwoju postaci, i lubi produkcje z unikalnym klimatem – to znajdzie tu prawdziwą perełkę.
To PAC-MAN, który dorósł. Dojrzał, wyruszył w kosmos i wrócił z mieczem w ręku. Chociaż wciąż zjada rzeczy, które się świecą — robi to w zupełnie inny, zaskakująco satysfakcjonujący sposób.
Recenzja:
9
/
10
Plusy
Minusy
Za klucz do recenzji na PS5 dziękujemy firmie CENEGA






