Resident Evil: Requiem – recenzja gry. Powrót do Racoon City!

Awatar Jakub Hertel
resident evil requiem recenzja

Czy Resident Evil wciąż potrafi przestraszyć tak jak kiedyś? Requiem obiecuje powrót do korzeni survival horroru i naprawdę gęsty klimat. Czy faktycznie tak jest? Zdecydowanie! Sprawdzam więc, co sprawia, że ta odsłona działa tak dobrze.

Seria Resident Evil przez lata potrafiła zarówno wyznaczać standardy survival horroru, jak i momentami gubić własną tożsamość. Dlatego do Requiem podchodziłem z mieszanką ciekawości i ostrożnego optymizmu. Już pierwsze godziny pokazały jednak, że twórcy bardzo świadomie sięgają po to, co w tej marce działa najlepiej – napięcie budowane powoli, eksplorację pełną niepokoju i walkę o przetrwanie, w której każdy błąd potrafi zaboleć. 

To gra, która nie próbuje rewolucjonizować wszystkiego na siłę, ale umiejętnie rozwija fundamenty serii, jednocześnie dodając kilka świeżych pomysłów. Po przejściu całej kampanii mogę więc spokojnie przyjrzeć się temu, co w Resident Evil: Requiem działa najlepiej. Jak wypada najnowsza produkcja Capcomu??

Resident Evil: Requiem – te dwie niecnoty, to kłopoty

Resident Evil: Requiem nie próbuje opowiadać historii, która wywróci serię do góry nogami. Zamiast tego bierze wszystko to, co w tej marce od lat działa najlepiej – traumę po wydarzeniach z Raccoon City, ludzi wciągniętych w koszmar większy od nich samych i świat, który od dawna gnije od środka. To wszystko składa z tego opowieść może nie rewolucyjną, ale zaskakująco nośną emocjonalnie. Grace Ashcroft wchodzi w ten scenariusz jako bohaterka bardziej bezbronna niż legendarna, Leon S. Kennedy z kolei wnosi cały ciężar serii i poczucie, że dla niego to nie jest już nowy horror, tylko kolejny poniedziałek w robocie. Najlepsze jest to, że ich zestawienie nie służy wyłącznie fanserwisowi. Dzięki niemu Requiem potrafi być jednocześnie kameralne i szerokie, intymne i efektowne, a przy tym ani przez chwilę nie traci z oczu tego, że w centrum tej historii są ludzie, nie potwory. 

Sprawdź też: Resident Evil: Requiem – data premiery, cena

Najmocniej wypada pierwsza połowa, kiedy gra celowo dociska gracza do ściany i każe patrzeć na wszystko oczami Grace. To właśnie tutaj Requiem buduje najlepszy klimat – lepki, klaustrofobiczny i podszyty nieustannym poczuciem, że każdy kolejny korytarz może skończyć się katastrofą. Nie chodzi nawet o same potwory, tylko o to, jak bardzo ta gra sprzedaje bezradność. Grace nie sprawia wrażenia kolejnej „jednoosobowej armii”, lecz osoby, która po prostu znalazła się w miejscu, gdzie nikt nie powinien trafić. 

Uwielbiam też przywiązanie do takich detali, jak drżenie rąk bohaterki, kiedy ta mierzy z broni. To właśnie dzięki temu wszystkiemu eksploracja, powroty do tych samych pomieszczeń i spotkania z przeciwnikami mają ciężar znacznie większy niż zwykłe odhaczanie horrorowych atrakcji. To jeden z tych Residentów, które nie tyle straszą wyskakującym potworem, ile powoli podkręcają ci puls i każą wątpić, czy następny krok to na pewno dobry pomysł. 

Kiedy ster przejmuje Leon, ton historii wyraźnie się zmienia, ale nie rozwala to całości. Zamiast czystego survival horroru dostajemy bardziej agresywną, dynamiczną odsłonę tej samej opowieści – mniej zaszczucia, więcej improwizowanej walki i kontrolowanego chaosu. To oczywiście oznacza, że klimat grozy trochę ustępuje miejsca napięciu znanemu z bardziej akcyjnych części serii, ale Resident Evil: Requiem całkiem sprytnie wykorzystuje ten kontrast. Grace odpowiada za lęk i kruchość, Leon za impet i doświadczenie, a gra dzięki temu nie mieli w kółko jednego nastroju. Owszem, te przeskoki bywają momentami szarpane, ale w praktyce częściej pomagają niż przeszkadzają, bo zamieniają jeden rodzaj stresu na drugi. 

Najciekawsze jest jednak to, że scenariusz nie ucieka od starej, trochę kiczowatej natury Resident Evil: Requiem bywa serio, bywa ciężkie, czasem zahacza o naprawdę nieprzyjemne motywy ludzkiego cierpienia, ale jednocześnie nie udaje prestiżowego horroru, który wstydzi się własnych korzeni. Nadal jest tu miejsce na przesadę, pulpę i ten charakterystyczny dla serii balans między śmiertelną powagą a momentami ocierającymi się o czysty absurd. Właśnie dlatego ta fabuła działa. Nie dlatego, że jest wyjątkowo subtelna, tylko dlatego, że dobrze rozumie, czym Resident Evil zawsze było – mieszanką traumy, groteski i widowiska, która brzmi jak zły pomysł, a w praktyce znowu trafia w punkt. 

Nie jest to najlepsza historia, jaką seria kiedykolwiek opowiedziała, i miejscami faktycznie czuć, że Requiem bardzo świadomie stoi na barkach Resident Evil 2, Resident Evil 4 i Resident Evil 7. Ale nawet jeśli fabuła nie odkrywa marki na nowo, to robi coś równie ważnego: przypomina, że w tym uniwersum wciąż da się opowiadać o strachu w sposób, który ma ciężar, tempo i emocjonalny sens. To istny powrót do ran, które nigdy się naprawdę nie zabliźniły. Właśnie dlatego klimat tej odsłony zostaje w głowie dłużej niż niejeden efektowny boss czy kolejne laboratorium pełne mutacji. 

Ona bojaźliwa, on nieustraszony

screenshot z gry resident evil: requiem
Tatuś, tj. Leon powraca!

Postaci Resident Evil: Requiem są naprawdę dopracowane i zróżnicowane. Główna bohaterka – analityczka FBI walcząca z własnymi demonami od razu zyskała moją sympatię. Ma wyraźnie nakreślony charakter oraz wiarygodną motywacje, dzięki czemu łatwo z nią nawiązać więź. Twórcy zadbali o to, by dialogi brzmiały naturalnie – zarówno pełne napięcia konfrontacje z przeciwnikami, jak i spokojniejsze rozmowy, wypadają naprawdę przekonująco.

Sprawdź też: Premiery gier. W co warto zagrać w tym roku?

Dialogi często podkreślają ciężką sytuację, w jakiej znaleźli się bohaterowie, ale nie brakuje w nich też odrobiny ironii czy czarnego humoru, który pomaga rozładować narastające napięcie. Uwielbiam Leona, który co chwilę rzuca ciętymi ripostami – dzięki takim momentom postaci stają się bardziej „ludzkie” i bliskie graczowi. Warto też pochwalić aktorów głosowych – ich intonacje idealnie współgrają z wydarzeniami na ekranie, nadając bohaterom odpowiednie emocje. Nawet jeśli czasem dialogi bywają trochę patetyczne (w końcu to Resident Evil), całość wypada zdecydowanie ponadprzeciętnie. Aktorzy naprawdę angażują się w swoje role, a ja uwierzyłem w każdą emocję płynącą z głośników.

Podwójny gameplay – action survival horror?

Mechanika Resident Evil: Requiem to czysta satysfakcja dla fana survival horroru. Sterowanie postacią jest precyzyjne i responsywne – już po kilkunastu minutach czułem się w grze jak w domu. Dodatkowo doceniłem funkcje kontrolera DualSense: adaptacyjne spusty zmieniają opór przy różnych rodzajach broni, a realistyczne wibracje sprawiają, że eksplozje i odrzuty czuć bardziej niż kiedykolwiek. Dzięki temu nawet najmniejsza akcja nabrała namacalności i zwiększyła immersję. Strzelanie sprawia dużo frajdy; pistolety, strzelby i karabiny oddają pazur każdej kulce, a każdy wystrzał naprawdę daje poczucie mocy. Przeładowanie broni czy ekonomiczne gospodarowanie amunicją pozostaje równie ważne jak kiedyś, co dodaje odpowiedniego smaku rozgrywce. W wielu momentach czułem nawet lekki stres, gdy kończyła mi się amunicja, a oponent leciał na nas z łapami.

Na pochwałę zasługuje też system walki wręcz i kontr. Gdy przeciwnik zbliża się za mocno, mogłem odbić cios i np. ogłuszyć przeciwnika.  Dzięki temu czasem warto zaryzykować starcie w zwarciu, zwłaszcza że Requiem świetnie nagradza gracza za efektowne uniknięcie śmierci. Poza tym nie zabrakło tych bardziej elementów, z których kojarzy się tę serię – przeszukiwania wszystkiego dookoła oraz crafting, za pomocą którego tworzymy apteczki, czy amunicję. Wszystko to też sprawia, że gra wymusza ostrożność i planowanie – rzadko kiedy mogłem biec na oślep, musiałem sprawdzać każdy korytarz i każdą skrzynię, a przynajmniej w przypadku Grace – momentami naboi naprawdę brakowało. 

Projektanci gry przygotowali też kilka naprawdę ciekawych typów przeciwników i bossów, które skutecznie urozmaicają rozgrywkę. Każda walka z takimi potworami to osobne wyzwanie taktyczne – trzeba obserwować ich ruchy, trafiać w słabe punkty i szybko reagować na nietypowe ataki. Dla najbardziej ambitnych graczy przygotowano dodatkowe wyzwania i podwyższone poziomy trudności, które dodają kolejne godziny świetnej zabawy.

Czyli podsumowując – mechanika Requiem jest klasyczna, ale dopracowana i urozmaicona o kilka nowych smaczków, które sprawiają, że każda potyczka to przyjemność. Systemy takie jak zagospodarowanie amunicji, puzzle, crafting czy rozwój postaci skutecznie urozmaicają rozgrywkę, więc nawet po wielu godzinach bawiłem się świetnie i nie czułem znużenia. To prawdziwa kwintesencja survival horroru, która przynosi mnóstwo satysfakcji.

Korytarze, które nie pozwalają odetchnąć

Lokacje w Resident Evil: Requiem robią wrażenie i potrafią wciągnąć bez reszty. Akcja toczy się w różnorodnych miejscach – opuszczonym mieście, tajnym laboratorium badawczym, zaniedbanej wilii czy mrocznym lesie – a każdy z tych terenów ma swój unikalny charakter. Już samo odkrywanie kolejnych komnat czy korytarzy było przygodą: mogłem kluczyć między zawalonymi pokojami, przeszukiwać zapomniane szafy czy rozpracowywać ukryte przejścia. Twórcy bardzo dobrze uchwycili klimat serii: miejsca często są klaustrofobiczne i brudne, a szczegóły odgrywają ogromną rolę (na przykład porwane dokumenty, plamy krwi czy przerażające nagrania wideo w tle). Czułem się, jakbym naprawdę eksplorował rezydencję z piekła rodem – za każdym rogiem czaiła się kolejna niespodzianka. Szkoda tylko, że na premierę zabrakło trybu foto – robiłbym zdjęcia jak szalony! 

screenshot z gry resident evil: requiem
Uwielbiam kontrast pomiędzy graniem Grace a Leonem

Tempo rozgrywki to kolejny mocny punkt Resident Evil: Requiem. Gra umiejętnie miesza momenty wzmożonej akcji z chwilami oddechu, co bardzo mi odpowiadało. Po intensywnej walce z masą potworów miałem czas, by chwilę odsapnąć, przebadać otoczenie i poszperać w skrzyniach. Te spokojniejsze fragmenty nie znudziły mnie, ponieważ twórcy wciąż podtrzymywali napięcie subtelnymi efektami – szum w oddali, tajemniczy szmer czy świetlne sygnały z innych pomieszczeń. Nawet zwykły korytarz potrafił zaskoczyć ukrytą komnatą lub potrzebnym rekwizytem. Kiedy już wszystko zostawało przeze mnie odkryte, akcja znowu przyspieszała i czekały na mnie dynamiczne potyczki, które sprawiały, że znów chciałem zobaczyć, co czeka dalej.

Konstrukcja lokacji stoi na bardzo wysokim poziomie. Lokacje zachęcają do eksploracji. Za każdym rogiem można znaleźć ukryte pokoje z zapasami, tajnymi dokumentami lub bonusowymi wyzwaniami. Taka swoboda poszukiwań sprawiała, że każdy kąt był warty sprawdzenia. Kształt i układ pomieszczeń budują napięcie na każdym kroku – gra stale zaskakuje czymś interesującym i ani na chwilę nie pozwalała mi się nudzić. Dzięki temu wrażenie tempa rozgrywki i różnorodności lokacji pozostaje wysokie aż do samego finału.

Mrok, detale i technologia

Na PlayStation 5 Pro Resident Evil: Requiem wygląda naprawdę obłędnie. Uruchamiając grę w trybie 4K/60 klatek, miałem wrażenie, że wkroczyłem do interaktywnego horroru filmowej jakości. Światło i cienie odwzorowano z niezwykłą dbałością – długie, rzucające się cienie, gęsta mgła i refleksy padającego światła z lamp lub wybuchów potęgują atmosferę grozy. Tekstury otoczenia, skóry potworów i broni są niezwykle szczegółowe; nawet najmniejsze drobinki gruzu czy nierówności na ścianach mają wyraźną fakturę. Efekty cząsteczkowe, takie jak unoszący się kurz czy płynąca krew, wyglądają realistycznie i ożywiają scenę.

screenshot z gry resident evil: requiem
Audiowizualna sfera gry robi ogromne wrażenie

Co ważne, Requiem korzysta pełnymi garściami z mocy nowego sprzętu. Wystarczy spojrzeć na odbicia w kałużach czy blask wybuchów, żeby docenić poziom detali. Dodatkowo szybki dysk SSD w konsoli praktycznie wyeliminował czasy ładowania – każde wczytywanie czy powrót po śmierci to niemal błyskawiczne „resetowanie” rozgrywki. Dzięki temu płynność akcji nie jest przerywana i można od razu wrócić do zabawy.

W kwestii wydajności PS5 Pro radzi sobie znakomicie. Tryb jakości działa płynnie nawet w najbardziej wymagających momentach – ani razu nie zdarzyło mi się, żeby szarpnęło klatkami, a przynajmniej nie na tyle, aby było to odczuwalne.. Dostępny jest także tryb wydajności, który pozwala wycisnąć jeszcze więcej. Gra ogólnie średnio utrzymuje stabilne 60 FPS, a kolory są dopracowane pod kątem mrocznego klimatu (przygaszone, ale świetnie nasycone tam, gdzie potrzeba).

Groza, którą najpierw się słyszy

Już od pierwszych minut widać, że Resident Evil: Requiem to majstersztyk w kreowaniu nastroju. Dźwięk jest tu równie ważny co obraz – odgłosy skrzypiących drzwi, przelewanej wody czy tupot kroków w korytarzu potrafią wywołać prawdziwy dreszcz na plecach. Dzięki technologii 3D Audio (Tempest) na PS5 czułem się, jakby potwory czaiły się dosłownie wokół mnie – wystarczyło lekko obrócić głowę, żeby usłyszeć przerażające zgrzyty czy oddechy zza pleców. Wiele razy zatrzymywałem się przed pustym pomieszczeniem, podsłuchując narastające echo – uczucie niepokoju towarzyszy nam tu na każdym roku.

screenshot z gry resident evil: requiem
Cholibka, idziemy tutaj znowu

Ścieżka dźwiękowa w Requiem jest rewelacyjna! Utwory idealnie współgrają z sytuacją – ciche, minimalistyczne dźwięki podczas przeszukiwania opuszczonych pomieszczeń kontrastują z potężnymi, przerażającymi motywami w chwilach apokalipsy. Nie zabrakło też znajomych motywów muzycznych nawiązujących do klasycznych odsłon serii, co wywołało we mnie falę nostalgii i wzmocniło wrażenie „wielokrotnego spotkania starego znajomego”. Dzięki temu klimat jest doskonale spójny – czuć, że to wciąż Resident Evil, ale podane w świeżej, oryginalnej formie.

Ważną rolę odgrywają także naturalistyczne efekty dźwiękowe – jęki i wycia potworów, metaliczne piski urządzeń czy odgłosy zrujnowanych pomieszczeń. Każdy z tych dźwięków jest odtwarzany krystalicznie czysto. Bywały momenty ciszy tak głębokiej, że dosłownie słyszałem własny oddech – idealne wyciszenie przed jakimś niespodziewanym atakiem. Atmosfera budowana jest więc perfekcyjnie – świetna muzyka, dopracowane tła akustyczne i dialogi razem wciągają w ten świat na maksa. To audio-wizualne doświadczenie sprawiło, że naprawdę poczułem się uczestnikiem przeżywanej tragedii – a to w grze tej klasy najlepsza rekomendacja.

Czy warto zagrać w Resident Evil: Requiem?

Resident Evil: Requiem to dla mnie absolutna gratka i tytuł, który każdy fan survival horroru powinien sprawdzić. Gra dostarczyła mi tylu emocji, że przez kilka dni po zakończeniu rozgrywki ciągle myślałem o powrocie do tego mrocznego świata. Fabuła trzyma w napięciu od początku do końca i każda kolejna tajemnica naprawdę intryguje. Bohaterowie są ciekawi i dobrze zarysowani, a dialogi brzmią naturalnie i pełne emocji. 

Rozgrywka natomiast to czysta przyjemność – walka jest dynamiczna i satysfakcjonująca, a jednocześnie wymusza ostrożność i planowanie. Lokacje są zróżnicowane i klimatyczne, a eksploracja przynosi dodatkowe bonusy i tajemnice. Grafika na PS5 Pro robi ogromne wrażenie, a wydajność jest na poziomie godnym obecnej generacji. Dźwięk i muzyka budują niesamowity klimat – nie raz złapałem się na tym, że napięcie było odczuwalne także dzięki doskonałemu podkładowi dźwiękowemu.

Mimo że czasem czułem się już nieco przyzwyczajony do serii i niektóre motywy wydały mi się znajome, Requiem potrafił mnie zaskoczyć i przypomnieć, dlaczego pokochałem te gry. Ciarki na plecach i wysoka adrenalina były niemal gwarantowane przy każdym otwieraniu kolejnych drzwi. Gra dostarczyła mi mnóstwo satysfakcji, nawet jeśli drobne niedociągnięcia (sporadyczne błędy animacji czy delikatna powtarzalność elementów) się pojawiły.

Grę do recenzji na PS5 dostarczyła firma CENEGA

Plusy

  • bardzo gęsty, duszny klimat survival horroru
  • dobrze działający kontrast między Grace a Leonem
  • udane tempo eksploracji i powrót do klasycznej struktury Resident Evil
  • świetna oprawa audiowizualna i szczegółowe lokacje
  • napięcie budowane atmosferą, a nie tylko jumpscare’ami
  • satysfakcjonujące starcia z oponentami

Minusy

  • fabuła momentami zbyt przewidywalna dla fanów serii
  • część zagadek jest zbyt prosta
  • sporadyczne powtarzanie się schematów znanych z poprzednich części
0
0
0

Podziel się:

Awatar Jakub Hertel
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *